​Zamachowiec, który wysadził się na koncercie Ariany Grande w Manchesterze miał pozwolenie na przeprowadzenie ataku od kilku dżihadystów, w tym rekrutera Państwa Islamskiego ze Stanów Zjednoczonych - informuje amerykańska edycja "Newsweeka".

Salman Abedi /Facebook /Facebook

Salman Abedi kontaktował się z dżihadystami przez aplikację Zello. 22-latek libijskiego pochodzenia miał przekazać, że żyje w Manchesterze wśród "nie-muzułmanów". Następnie zapytał, czy może ich zabić i czy może użyć do tego bomb.

Wśród rozmówców Abediego był dżihadysta z Turynu i Amerykanin z jordańskimi korzeniami. Ten ostatni miał powiedzieć Abediemu, by "nie miał litości dla cywilów". Z kolei włoski islamista zaznaczył, że Abedi "powinien walczyć z poganami".

40-letni Amerykanin został zidentyfikowany jako Saaid Azzam Mohammad Rahim. W marcu został skazany na osiem lat więzienia. Mężczyzna wyrażał poparcie dla Państwa Islamskiego w mediach społecznościowych. Agentom FBI z kolei kłamał, że nigdy w życiu nie popierał ekstremistów.

To nie jedyny kontakt Abediego z ISIS. W pewnym momencie swojego życia podczas pobytu w Libii spotkał się z grupą Katibat al-Battar al-Libi, będącej lokalną gałęzią dżihadystycznego Państwa Islamskiego.

Do tragicznego ataku terrorystycznego w Manchesterze doszło 22 maja. Salman Abedi wysadził się tuż po koncercie amerykańskiej piosenkarki Ariany Grande w mieszczącej 21 tys. osób hali Manchester Arena. Zginęły 22 osoby, w tym dwoje Polaków. Do ataku przyznało się Państwo Islamskie. 

(az)