Grzmiało i błyskało wczoraj podczas narad na temat drugiej debaty. Początkowo spierano się tylko jej szczegóły - TVN proponował minutowe wypowiedzi kandydatów, sztab Dudy chciał półtorej, dyskutowano o tym, jak mają wyglądać kontry i rekontry na słowa przeciwników. I kiedy wszystko wydawało się załatwione - do gry wkroczył Jacek Kurski. Zdaje się, że z zadaniem - od prezesa - by zrobić tak, żeby debaty nie było. Zażądał więc debaty w stylistyce amerykańskiej - "70 minut rozmowy, tak jak Nixon - Kennedy" - tłumaczył Kurski. Przy okazji spierał się z reprezentującym sztab BK Grzegorzem Szymańskim. Było ciekawie i historycznie, bo panowie dyskutowali o tym, kto kogo szybciej posadzi do Berezy Kartuskiej i kto kogo będzie z niej wyciągał. I kiedy już było blisko rozstania - zainterweniował sam kandydat. "Przyjmujemy warunki" - powiedział swoim sztabowcom. Ci podpisali porozumienie. Ale jeszcze tli się w nich myśl, czy nie wybrać jednak Kukiza...

A skoro ma być debata - oba sztaby gorączkowo myślą właśnie jaką przyjąć na nią taktykę. Wielu politykom PiS "ugrzecznienie" Dudy z tej pierwszej nie przypadło do gustu i próbują namawiać kandydata na to by ostrzej, mocniej atakował prezydenta, wybijał go z uderzenia i twardo odpowiadał atakiem na atak. "Pan blokuję etat na uczelni?" "A pan blokuje etat prezydenta", "Za panem stoi Kaczyński i Macierewicz" "A za panem WSI" itd. Itp..

Z kolei po drugiej stronie też rodzą się pomysły, by prezydent przyjął jednak w czwartkowy wieczór inną postawę. I by - tak jak w pierwszej debacie był on zaczepny, łamiący konwencje i ostry - tak w drugiej prezentował się już spokojniej, godniej i by traktował Dudę nieco po ojcowsku.

Wszystko to jednak po pierwsze - pomysły wstępne, po drugie - nie zweryfikowane przez samych kandydatów i choć sztaby mają na nich mocny wpływ - to jednak to do nich należy ostatnie słowo w sprawie taktyki, a potem - już w studiu - jej realizacja.

***

Zagotowało się wokół wczorajszego występu Tomaszów - Karolaka i Lisa. PiS mówi o metodach "jak ze stanu wojennego", żąda by Karolak odszedł z komitetu honorowego BK i grzmi na rzetelność prowadzącego. Rzeczywiście, uznanie, że nieprawdziwy profil córki Andrzeja Dudy jest dostarczycielem argumentów do potępiania kandydata, jest potężną wpadką. I choć jej kulisy nie są tak diaboliczne jak to wielu się wydaje, wpadka wynikała z nieporozumienia i szybkości działań na zapleczu studia, a obaj panowie przeprosili na Twitterze - wrażenie pozostaje.

We mnie tym bardziej, że w ogóle nie podoba mi się używanie jako argumentu w kampanii, niemądrej wypowiedzi córki (nawet gdyby była prawdziwa). Dzieci nie odpowiadają za życiowe błędy rodziców, rodzice nie mogą być obciążani grzechami dzieci. Takiej zasadzie hołduje w swej pracy i poza nią i bardzo jestem do niej przywiązany.

***

Na ostatniej prostej coraz więcej po obu stronach skupienia na uderzaniu w kontrkandydatów. BK co wiec, to "demaskuje" PiSowskość AD, sztab AD wypuszcza spot bijący w BK. Nigdy nie byłem zwolennikiem tego typu kampanii, ale też nie jestem aż takim pięknoduchem, żeby wierzyć, ze jakakolwiek kampania ich uniknie. I mam wrażenie, że tegoroczna, póki co i tak nie jest jeszcze najgorsza. Z naciskiem na to "póki co"...

***

Sztaby liczą. Patrzą w sondaże, badania, focusy i inne szklane kule, i na tej podstawie szacują jak zachowają się wyborcy, którzy wsparli innych kandydatów w I turze, albo nie zagłosowali. Obie strony za jeden z kluczy do sukcesu/porażki uznają frekwencję. Obie uznają, że im wyższa - tym lepiej dla BK, bo oznacza mobilizację jego wyborców. Obie szukają "punktu przecięcia", powyżej którego maleją szanse AD i rosną BK. I obie umiejscawiają go w okolicach 53-54 procent.