"Zapomniana wojna i zapomniani ludzie" - tak o trwającym od ponad 3 lat konflikcie na wschodzie Ukrainy mówią mieszkańcy tego regionu. Zniszczone domy, opuszczone fabryki, żołnierze na ulicach i drogi zrujnowane przez czołgi. Tak wyglądają domy kilkanaście kilometrów od terenów kontrolowanych przez separatystów. Jedynie jesienne liście nadają tym miejscom kolorów. Do Donbasu dotarł specjalny wysłannik RMF FM Patryk Michalski.

Kolejka w punkcie kontrolnym /OLEKSANDR RATUSHNIAK /Materiały prasowe

Po sześciu godzinach jazdy pociągiem z Kijowa dojeżdża się do Konstantynówki - to ostatnia stacja, na której zatrzymują się ukraińskie pociągi. Jeszcze kilka lat temu dojeżdżały do Doniecka. Szybkie połączenie powstało przed polsko-ukraińskim Euro 2012. Dzisiaj o dawnych inwestycjach przypominają jedynie zniszczone figurki z maskotkami, które były znakiem rozpoznawczym mistrzostw. Ludzie mówią o wysokim bezrobociu, strachu i straconych szansach przyszłych pokoleń. Bo zaledwie kilkadziesiąt kilometrów dalej wciąż strzelają separatyści.

Na wschodzie Ukrainy wciąż giną cywile


Ponad trzy i pół roku od wybuchu wojny na wschodzie Ukrainy, wciąż giną tam cywile. W poniedziałek nad ranem, prorosyjscy separatyści ostrzelali dom tuż przy granicy z Majorskiem - to miejscowość na granicy z tak zwaną Doniecką Republiką Ludową.

Przez punkt kontrolny w Majorsku na wschodzie Ukrainy przechodzi dziennie średnio 7 tysięcy osób. Podróżują pomiędzy miastami kontrolowanymi przez ukraiński rząd a terenami przejętymi przez prorosyjskich separatystów. Wyglądem miejsce to przypomina przejście graniczne między Ukrainą a Doniecką Republiką Ludową, chociaż oficjalnie nazywane jest linią kontaktu. Kontaktu między innymi pomiędzy rodzinami, często podzielonymi przez szlabany, wysokie płoty i uzbrojonych żołnierzy.

Jak mówią pogranicznicy, strzały i wybuchy słychać głównie wieczorami. Kiedy przejście jest otwarte nic się nie dzieje, jeśli strzelają to tylko po zamknięciu - mówią.

"Tak marzymy o pokoju"

Oczekiwanie na kontrole strażników między Ukrainą a Doniecką Republiką Ludową zazwyczaj trwa nawet kilkanaście godzin. W ciągu ponad trzech lat od wybuchu wojny na wschodzie Ukrainy kilkanaście osób zmarło podczas czekania. Z powodu upału, mrozu lub wyczerpania.

Od kiedy pojawiły się tu organizacje pozarządowe, jest zdecydowanie lepiej. Stoją dwa duże namioty, w których ludzie mogą się ogrzać, napić się czegoś ciepłego, skorzystać z toalety, a nawet spędzić noc. Jest tu kilkanaście łóżek polowych. Przejście jest możliwe tylko od godz. 7 do 18:30. Ci, którzy nie zdążą, muszą spędzić noc w kolejce. Większość podróżujących to starsi i schorowani ludzie.

Jadę z Doniecka do Słowiańska, mam problemy, które chcę rozwiązać. Kolejka jest tutaj długa. Tak marzymy o pokoju - mówi 67-letnia pani Marija, która pokonuje trasę z Doniecka kilka razy w miesiącu.

Cała praca polega na zapewnieniu ludziom koniecznej, minimalnej pomocy, żeby mogli przetrwać - mówi  Vartan, jeden z pracowników ONZ. To tylko jedna z wielu organizacji, które niosą pomoc potrzebującym.

4 mln osób potrzebuje pomocy humanitarnej

Z najnowszych danych ONZ wynika, że około czterech milionów osób na wschodzie Ukrainy wciąż potrzebuje pomocy humanitarnej w związku z wojną. Potrzeby są podstawowe - woda zdatna do picia, pomoc prawna dla tych, którzy funkcjonują na pograniczu Ukrainy i terenów kontrolowanych przez prorosyjskich separatystów. Zapewnienie im miejsc, gdzie godnie, w bezpiecznym miejscu, mogą oczekiwać na sprawdzenie przez pograniczników.

Ludzie często zmuszeni są do dalekich podróży po prostu na zakupy, bo wiele sklepów w miejscowościach kontrolowanych przez separatystów świeci pustkami. Tysiące ludzi codziennie przekraczają umowną granicę m.in. żeby odebrać zasiłki lub emeryturę, bo ukraiński rząd nie przesyła pieniędzy na tereny kontrolowane przez separatystów. Dla tysięcy starszych, schorowanych osób, które mieszkają w tak zwanej Donieckiej Republice Ludowej, oznacza to wielogodzinną, wycieńczającą wyprawę po dwudziestym dniu każdego miesiąca. Podobnie jest w przypadku załatwiania formalności w urzędach. Inne przyczyny to odwiedziny bliskich - bo wiele rodzin od ponad trzech lat żyje po dwóch stronch barykady.


(mpw)