To materiały o drugorzędnej, jeśli nie trzeciorzędnej wadze - tak ponad 10 tys. stron dokumentów przekazanych Polsce przez rosyjski Międzyrządowy Komitet Lotniczy ocenia pełnomocnik rodzin ofiar katastrofy 10 kwietnia Piotr Schramm. Twierdzi, że forma przekazania tych materiałów świadczy o tym, że Rosjanie za wszelką cenę chcą udowodnić, iż jednak współpracują z Polakami.

Z Piotrem Schrammem rozmawiał Krzysztof Zasada

Krzysztof Zasada: Jaka, według pana, jest waga tych materiałów przekazanych Edmundowi Klichowi?

Piotr Schramm: W mojej ocenie nie są to materiały na obecnym etapie istotnie wpływające na jakość prowadzonego postępowania, czy ujawniające jakieś istotne informacje. Informacje czy dokumenty, np. instrukcje, czy opisy działań urządzeń znajdujących się w samolocie, czy w końcu dokumenty nawigacyjne, tablice lub wykazy to nie są dokumenty, które w istotny sposób rzucą nowe światło na prowadzone postępowanie. Cały czas oczekuję, że będą wykonane wnioski o pomoc prawną. Jeżeli coś ciekawego powinno nam być przekazane i mogłoby być przekazane, to takim dokumentem jest, na przykład, opis urządzeń, które pozwalały na nawigację, które działały w dniu 10. kwietnia na lotnisku Siewiernyj - tych dokumentów dalej nie mamy. Natomiast to, co dostajemy, to są dokumenty, moim zdaniem, o drugorzędnej, jeżeli nie trzeciorzędnej wadze. Oceniam to działanie, zwłaszcza że poprzedzono je w pierwszej kolejności pokazaniem dokumentów wobec mediów, jako pewien zabieg medialny, czy zabieg mający na celu poprawę PR - szczególnie kiedy strona rosyjska zamiast przekazać to na drodze urzędowej - czy to panu Edmundowi Klichowi jako akredytowanemu przedstawicielowi komisji badającej przyczyny tragedii, czy na drodze międzynarodowej pomocy prawnej na kanwie Konwencji Strasburskiej. Jeżeli strona rosyjska przekazuje dokumenty, w pierwszej kolejności pokazując je mediom, oceniam to raczej jako zabieg medialny niż jako zabieg, który ma przynieść i przekazać istotne dokumenty stronie polskiej.

Krzysztof Zasada: Brak w tych dokumentach książki serwisowej jest także problemem? Wiadomo, że ona będzie przekazana, ale czy na tym etapie ona mogłaby coś wyjaśnić?

Piotr Schramm: W zeszłym tygodniu pan prokurator Szeląg mówił o tym, że książka serwisowa ocalała, że on ją widział. Nie wiem, czy w tej chwili istnieje spór co do tego, jakiego rodzaju naprawy przechodził samolot tupolew. Myślę, że kopia takiej książki jest w posiadaniu strony polskiej. Natomiast sama książka oryginalna, prokurator Szeląg wspominał, że miał ją nawet w ręku, nie zachowała się w całości - jest nieco zniszczona. Myślę, że ta książka trafi do strony polskiej. Nie sądzę, żeby ona wniosła jakieś istotne okoliczności do analizy przyczyn katastrofy, tym bardziej, że ta hipoteza śledcza, która jest związana z awarią samolotu, ona nadal jest hipotezą czynną - wśród czterech hipotez obowiązujących obecnie. Sądzę, że kwestia katastrofy nie jest brana jako główna przesłanka i taka, co do której spodziewalibyśmy się, że ona zostanie ujawniona jako przyczyna katastrofy. To jest kwestia raczej nawigacyjna, czy kwestia wszystkich okoliczności związanych ze złą pogodą, kwestia podejmowanych decyzji, czy kwestia jakości nawigowania i współpracy z operatorami lotniska i z nawigatorami, którzy byli wtedy na lotnisku Siewiernyj w wieży kontroli, ale nie kwestia związana ze stanem technicznym samolotu. Oczywiście może byłoby lepiej, gdyby ta książka serwisowa, czy pokładowa była nam przekazana już dzisiaj. Nie sądzę, żeby ona wniosła jakiekolwiek nowe, interesujące dla śledztwa okoliczności.

Krzysztof Zasada: Pan mówi, że przekazanie dokumentów nosi dużo znamion PR-u, ale czy można mówić, że mimo wszystko zostały pokonany jakieś przeszkody we współpracy między polską a rosyjską komisją badającą przyczyny tej katastrofy? Edmund Klich zgłaszał potężne problemy we współpracy.

Piotr Schramm: Pan Edmund Klich zgłaszał potężne problemy. Jeśli popatrzymy na to, jak realizowana jest współpraca, to te problemy dostrzegane są również przez pewien moment nawet przez prokuraturę polską badającą przyczyny. Przypomnijmy, że najpierw po 10 kwietnia, ta współpraca była oceniana zarówno przez przedstawicieli prokuratury, jak i przez przedstawicieli rządu czy komisji, jako współpraca dobra, później pan Edmund Klich zaczął ją nieco krytykować, mówiąc, że jesteśmy petentem. On w tej krytyce właściwie pozostał. Cały czas krytykuje tę współpracę. Właściwie, od dnia katastrofy, nie ma wielu jego pozytywnych wypowiedzi. Przedstawiciele prokuratury trochę tę ocenę zmienili na 7-10 dni, ok. 2-3 tygodnie temu - kiedy mówili, że właściwie polskie śledztwo stoi w miejscu, dlatego, że nie ma dokumentów. Pan Edmund Klich pozostał przy swojej ocenie negatywnej. Myślę, że to, że te dokumenty są przekazywane w taki sposób, to jest zabieg celowy, który ma na celu pokazanie dokumentów opinii publicznej poprzez media, tak jak widzi je strona rosyjska. Strona rosyjska ma przekonanie, że to jak przekazuje i jak interpretuje współpracę, nawet sam pan Edmund Klich, a tym samym można spodziewać się, że opinia całej polskiej komisji do spraw badania przyczyny wypadku smoleńskiego, strona rosyjska chciała zmienić ten wizerunek, chciała pokazać się z lepszej strony, chciała pokazać, że współpracuje, że nie dość, że w zeszłym tygodniu otrzymaliśmy 11 tomów - praktycznie 2200 stron do tłumaczenia - to są to wszystko dokumenty w języku rosyjskim. Już zaraz, kilka dni później, bo w kolejną środę, dostajemy kolejne dokumenty, ale tutaj strona rosyjska nauczona tym, że pewnie te dokumenty ocenione byłyby fatalne, tak jak jakość dokumentów w zeszłym tygodniu oceniał pan Macierewicz, czy też inni przedstawiciele wypowiadający się publicznie, tak strona rosyjska chciała te dokumenty czy materiały najpierw pokazać mediom. Chciała, w moim przekonaniu, tym samym, wywołać pewne lepsze wrażenie - opisać, czy opowiedzieć o tych materiałach, natomiast dopiero później przekazać je stronie polskiej. Nie jest to, w moim przekonaniu, standardowe działanie, aby strona państwowa współpracująca przy badaniu tak poważnej katastrofy, albo jakiejkolwiek katastrofy, żeby w pierwszej kolejności dokumenty przekazywała w formule konferencji prasowej - przed mediami, a dopiero później przekazywała je przedstawicielom równoległej komisji, która bada przyczyny katastrofy w innym kraju. Takich działań raczej na świecie się nie wykonuje. Raczej jest to współpraca między komisjami, między resortami, czy między prokuraturami a nie w pierwszej kolejności działania medialne, a dopiero później działania związane z przekazaniem dokumentów. Przecież również zostało powiedziane, że te dokumenty mają trafić dziś dopiero drogą konsularną, dyplomatyczną - poprzez ambasadę, ale wcześniej ta konferencja będzie pokazywała co to są za dokumenty, jaka jest ich jakość.

Krzysztof Zasada: Czyli Rosja za wszelką cenę stara się poprawić swój wizerunek jako tego, który współpracuje?

Piotr Schramm: Jeśli przypomnimy sobie konferencję, na której otrzymaliśmy stenogramy i nagrania z czarnych skrzynek, na której to konferencji i pan wicepremier Rosji, pani Tatiana Anodina - siedząca na przeciwko pana ministra Millera i pana Klicha, opowiadała o tym, w jaki profesjonalny sposób strona rosyjska współpracuje. Nasi przedstawiciele właściwie się nie odzywali na tej konferencji. To był monolog pana Iwanowa czy pani Anodiny, którzy prezentowali swój pogląd na temat tego, jak doskonale strony współpracują. A jak współpracują, to pokazała przyszłość - okazało się, że nagranie z czarnych skrzynek zawiera lukę w postaci 16 sekund, które zresztą, jak wspominał publicznie naczelny prokurator wojskowy, rzucały nowe istotne okoliczności i istotną jakość wnosiły do, nie powiedział której, ale jednej z hipotez katastrofy. Więc nie wydaje się, by strona rosyjska, która przekazuje nam nie kompletny materiał, mogła prezentować swoją współpracę sama jako świetną, albo to jest tak, że tylko ona może tę swoją współpracę z nami prezentować jako doskonałą. My już takiej śmiałości nie mamy, bo ta współpraca po prostu taka nie jest.