Żegnaj Państwowa Wyższa Szkoło Teatralna, witaj Akademio Sztuk Teatralnych. W roku swego 70-lecia, na początku przyszłego roku akademickiego krakowska szkoła zmieni swoją nazwę. Zmieni się także jej patron. Nowym zostanie Stanisław Wyspiański. To oczywisty wybór - mówi RMF FM rektor uczelni prof. Dorota Segda - to on wyniósł teatr do rangi sztuki, to on napisał dramaty, w których wszyscy aktorzy chcą zagrać. 13 lutego w ramach obchodów jubileuszu, odbędzie się wyjątkowe przedstawienie "Wesela", w którym wezmą udział najwybitniejsi absolwenci PWST i studenci. Jak ujawnia Segda, każdy bedzie miał okazję zagrać jedną rolę w jednej scenie, będzie na przykład... pięć Panien Młodych. Uczelnia wciąż czeka na zgłoszenia absolwentów, którzy zechcą przyjechać.

Posłuchaj pierwszej części rozmowy z Dorotą Segdą

Grzegorz Jasiński, RMF FM: Do tej pory osoby, które marzyły o zawodzie aktora i chciały pójść do najlepszej w Polsce szkoły teatralnej - wybierały PWST, a teraz będą musiały wybrać AST. Dlaczego?

Dorota Segda: Zmiana nazw uczelni odbywa się od lat, wyższe szkoły zmieniają się w akademie, a nawet uniwersytety. My jesteśmy przywiązani do PWST i mamy tę nazwę w sercach, ale w kraju w czasach wyżu demograficznego namnożyło się uczelni o nazwie Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa i nasza nazwa zaczęła nas w środowisko akademickim obciążać, obniżać naszą rangę. Uprawnienia akademickie mamy już od dawna, mamy wydziały, które nadają stopnie naukowe. Mamy tych wydziałów dużo, być może państwo się nawet nie orientują, że wrocławska Szkoła Teatralna to krakowska Szkoła Teatralna, bo to jest nasza filia. Mamy Wydział Teatru Tańca w Bytomiu. Przestaliśmy być szkołą aktorską. Najpierw nasza szkoła nazywała się Państwowa Wyższa Szkoła Aktorska, potem Dramatyczna, to nie jest tak, że PWST było od początku, od 70 lat, od kiedy Juliusz Osterwa ją założył. Kiedy przeprowadziłam jubileuszowe wywiady z rektorami ostatniego 20-lecia, w każdym przypadku, nie pytani mówili o tym, jak chcieli zmienić nazwę i z jakiego powodu w końcu tej nazwy nie zmienili. Zaczęłam się temu problemowi bliżej przyglądać i właściwie nie rozumiałam, dlaczego tego do tej pory nie zrobiono. Stwierdziłam, że są pewne rzeczy, które trzeba zrobić od początku, od razu, bo potem tak przez zasiedzenie znowu tego nie robimy. To jest tak, jak się mebluje nowe mieszkanie i się czegoś nie zrobi, to potem mija 20 lat i tam cały czas jest coś nie tak. Po konsultacjach w naszym środowisku akademickim, wśród nie tylko byłych rektorów, ale wszystkich obecnych pedagogów, przekonałam się, że nie było jednej osoby, która nie powiedziałaby, że to świetny pomysł...

Jak więc szkoła bedzie się nazywać? Rozszyfrujmy ten skrót AST, który jak rozumiem nie jest przypadkowy, miała dobrze brzmieć...

Tak, to będzie Akademia Sztuk Teatralnych, dodam jeszcze, imienia Stanisława Wyspiańskiego...

To kolejna zmiana...

Ludwik Solski pozostaje patronem Wydziału Aktorskiego, jak było na początku. Nikt lepiej niż Stanisław Wyspiański nie wyraża tego, jak różne sztuki układają się na teatr, jaka to sztuka synkretyczna. To Stanisław Wyspiański, który w ogóle powinien być patronem Krakowa, a jest ciągle w naszym mieście spychany i niedoceniany - również, jak było na początku - wyniósł teatr do rangi sztuki. To on pokazał, że dekoracja to nie jest tylko namalowane tło. To on napisał sztuki, w których my wszyscy aktorzy marzymy, żeby zagrać. Ja miałam szczęście zagrać bardzo dużo ról Wyspiańskiego, nawet mój doktorat nosił tytuł "Aktorka Wyspiańskiego". Jestem szczęśliwa, że nasza uczelnia będzie nosiła imię Stanisława Wyspiańskiego, bo nie ma ani jednego teatru w Krakowie, który by nosił takie imię...

Od kiedy tak będzie? Od kiedy uczelnia będzie miałą nową nazwę?

Z powodów proceduralnych to się może wydarzyć od nowego roku akademickiego, ale ponieważ ten rok jest rokiem jubileuszowym i planujemy wielki zjazd absolwentów 13 lutego, czuję, że to jest zmiana, która musi najpierw stać się w świadomości, ludzie muszą to zaakceptować. Dlatego nawet cieszę się, że to się odbywa tak "na miękko", że nawet rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego pyta się: "to teraz wracasz na Akademię?", to już zaczęło funkcjonować, mimo że jeszcze tej nazwy oficjalnie nie ma. Bedzie też dobry moment, czyli zjazd absolwentów, do ogłoszenia tej zmiany. Natomiast oficjalnie nastąpi to zapewne z dniem 1 października przyszłego roku. 

Zjazd absolwentów z nieprzypadkowej okazji 70-lecia jeszcze PWST to będzie impreza wyjątkowa nie tylko dlatego, że są nadzieje na pojawienie się wielu wybitnych aktorów, ale też dlatego, że uczczenie tej rocznicy odbędzie się w bardzo teatralny sposób, wręcz na scenie. 

Tak, mam taki szalony plan, który już krok po kroku realizuję. Chcę, żebyśmy w takim bardzo dużym, około 70-osobowym składzie, nie licząc studentów, właściwie wszystkich, powiedzieli "Wesele" Wyspiańskiego. Mówię "powiedzieli", ponieważ ta inscenizacja nie będzie mogła mieć wielu prób, ponieważ przyjadą aktorzy wszelkich pokoleń, od Mai Komorowskiej, Anny Polony, Jerzego Treli, Jerzego Stuhra, Wojciecha Pszoniaka, po najmłodsze gwiazdy teatru i kina polskiego. Już mam ten skład gotowy. Będzie na przykład... sześć Panien Młodych, dziesięciu albo wiecej Poetów, każdy bedzie mógł powiedzieć jedną scenę. Ja bardzo starannie tę inscenizacje przygotowuję, z bardzo dużym zaangażowaniem - mam nadzieję - studentów. To będzie taka część artystyczna, związana też z tradycją naszej uczelni. Ja pamiętam 50-lecie, które odbywało się w Teatrze Słowackiego, jeszcze nie było naszej sceny, sceny zresztą imienia Stanisława Wyspiańskiego. Zostałam zaproszona i bardzo się czułam wyrózniona, recytowaliśmy "Beniowskiego" Słowackiego. Kiedy było 30-lecie, co znam z historii, mówiono "Pana Tadeusza". Teraz jest świetny moment, by przyglądnąć się temu, co napisał Stanisław Wyspiański. To są tak wspaniałe role, tak pulsujący życiem dramat, że kiedy wyobrażam sobie rozpisany na tyle głosów, może być jeszcze innego rodzaju, nie tylko zabawą, ale jakością artystyczną. 

Czy ktoś zaklepał sobie już jakieś role?

Prawdę mówiąc mieli niewiele do powiedzenia. Ale z tymi najstarszymi i najbardziej przez nas przez to szanowanymi aktorami uzgadniałam, czy sobie życzą. Na przykład scena Dziennikarz - Stańczyk to bedzie Wojciech Pszoniak - Jan Peszek. Oczywiście zapytałam obu panów i jeszcze kilka osób, natomiast młodsi nie mieli nic do powiedzenia, bo to byłoby nie do ogarnięcia, gdyby każdy czegoś sobie życzył i gdyby te życzenia się powielały. 

Możemy ujawnić jeszcze inne decyzje obsadowe?

No, na przykład Panny Młode to będą Magda Cielecka, Maja Ostaszewska, Anna Seniuk - w kolejności występowania scen to mówię - Joasia Kulig i ja. Jeszcze nie jestem pewna Rachel, bo nie wszystkie panie, wielkie damy polskiego teatru są pewne, że bedą mogły przyjechać. Ale na pewno Anna Polony, na pewno Maja Komorowska. Dziennikarz, poza Wojciechem Pszoniakiem, Jerzy Stuhr, Czepce... przepraszam Czepcy, panowie Czepcy - zawsze słowa Czepiec używam w formie pojedynczej - to na przykład Wojciech Karolak, Piotr Cyrwus. Gospodarz to Tadeusz Huk, Andrzej Konopka...

Chochoł?

Jeżeli Maria Peszek bedzie mogła przyjechać, to właśnie ona, ale też Dawid Ogrodnik. Naprawdę niesamowita obsada. 

Jak to się będzie praktycznie odbywało? To bedzie na scenie PWST, ile jest miejsc na widowni, kto bedzie zaproszony, kto bedzie mógł to obejrzeć?

Czekamy wciąż na zgłoszenia absolwentów, którzy chcą przyjechać. To bardzo ważna wiadomość i chcę, by dotarła do jak największej liczby osób. Bardzo prosimy dokonać rejestracji na naszej stronie internetowej. Jest tam formularz, który można wypełnić i przesłać drogą elektroniczną, albo wydrukować, wypełnić i przesłać pocztą. To jest dla nas bardzo ważne, żebyśmy wiedzieli, ile osób tak naprawdę przyjedzie. Może przyjechać 300, może przyjechać 1000. I od tego wiele organizacyjnych rzeczy jest uzależnionych. Bardzo proszę o zgłoszenia, bardzo proszę o przekazywanie sobie tej wiadomości. Bardzo nas dużo będzie na scenie, więc już więcej miejsc będzie dzięki temu na widowni. Każdy, kto nie zmieści się na widowni na naszej tutaj scenie Wyspiańskiego, będzie mógł to zobaczyć na telebimach, które będą w różnych, największych salach w naszej szkole wywieszone. Potem, oprócz tego, że będzie bankiet, mam nadzieję do rana, będzie też otwarta taka sala, którą nazywam Klubem, gdzie każdy absolwent, który będzie miał ochotę zaprezentować jakiś minirecital, taki 15-minutowy, będzie miał ku temu możliwości. Już mam pierwsze zgłoszenia, bo to jest sprawa, którą dopiero ogłosiłam. Bardzo się na to cieszę, myślę że może być nie tylko miło, ale fantastycznie...

Posłuchaj drugiej części rozmowy z Dorotą Segdą

Czy jest ktoś, kto w czasie tego czytania na scenie będzie się pojawiał przez cały czas? Ktoś pojawi się więcej, niż raz, wyjątkowo? Czy bedzie pełna demokracja, czyli jedna rola, jedna scena i koniec?

Wiekszość bedzie miałą jedną scenę, ale my bedziemy na scenie przez cały czas wszyscy. Nie chcę wszystkiego zdradzać, ale finał powiedzą studenci. Z kosami. Na tej scenie będzie, myślę, taki tłum - oczywiście trzeba ten tłum jakość okiełznać - jaki powinien być w małych chatach w Rydlówce, w Bronowicach w czasie wesela.

Zmiana nazwy, jubileusz, to w dziejach szkoły niezwykłe wydarzenia, przez najbliższe pół roku albo i dłużej, będą wielkie emocje, ale oczywiście życie szkoły toczy się dalej. Po zmianie nazwy ta szkoła będzie inna, niż dotychczas, czy absolutnie taka sama? Czy zmiana nazwy poza względami formalnymi znaczy coś więcej? Czy w tych planach jest jeszcze rozszerzenie zakresu zainteresowań, kierunków?

My już jesteśmy akademią, nie tylko dlatego, że spełniamy pewne formalne kryteria. To, co było akademią u źródeł tej nazwy, kiedy to w gaju Academosa przechadzano się i rozmawiano ze sobą, nasza uczelnia spełnia, jak mało która. Chodzi mi o zasadę ciągłego dialogu mistrzów z uczniami. My oczywiście mamy takie możliwości również przez to, że nas jest niewielu, na aktorskim wydziale na roku jest od 25 osób do 30, kilkoro na wydziale reżyserii, podobnie jest na wydziałach wrocławskim i bytomskim. W grupach 10-12-osobowych, czasem nawet 5-6-osobowych można prowadzić dialog, nie tylko wykłady, na które na uniwersytetach przychodzi mnóstwo studentów. U nas ta zasada rozmawiania i kształcenia ludzi w dialogu z mistrzami trwa. Jesteśmy Akademią. Natomiast tak się składa, że ja akurat bardzo chciałabym jeszcze rozszerzyć to, co wciąż u nas istnieje. To nie jest tak, że ja w odpowiedzi na twoje pytanie jakąś kreską oddzielam to, co było - bo to, co jest jest wspaniałe - ale chciałabym bardzo silny nacisk na wszechstronne humanistyczne wykształcenie. Nie kształcimy tylko aktorów, czyli rzemieślników do występowania na scenie, jak to kiedyś bywało, choć na naukę warsztatu kładziemy ogromny nacisk, natomiast w równym stopniu otwieramy osobowości młodych ludzi na świat. Żeby dziś być artystą świadomym i ważnym, trzeba mieć ogląd rzeczywistości, wiedzieć, że teatr nie zaczyna się dziś, wiedzieć, co dzieje się w świecie. Żeby prowadzić dialog, trzeba mieć sporą wiedzę, a bycie artysta polega na ciagłym dialogu z publicznoscią, ze sobą, z literaturą. Ja na przykład wymyśliłam taki cykl wykładów, który nazwałam "Wykłady na scenie świata", idąc tropem szekspirowskiego, ale też norwidowskiego myślenia o świecie jako wielkiej scenie, na której jesteśmy aktorami, czasem marionetkami. Jest taki piękny wiersz:

 Norwida "Marionetki"...
"Jak się nie nudzić na scenie tak małej,
Tak niemistrzowsko zrobionej,
Gdzie wszystkie wszystkich Ideały grały,
A teatr życiem płacony..."

I zaprosiłam do tych wykładów najwieksze autorytety szeroko rozumianej humanistyki. Zainicjował je Bronisław Maj wykłądem o literaturze, o interpretowaniu poezji w teatrze. W następnej kolejności wygłosi wykład profesor Jerzy Vetulani, potem profesor Piotr Sztompka, profesor Michał Heller. Wszyscy oni zgadzają się od razu i to dodało mi skrzydeł. Już sobie zapisuję nazwiska na przyszły rok, chciałabym, żeby to było kontynuowane, żeby cały czas było na takim najwyższym poziomie. Czuję, że już po pierwszym wykładzie społeczność akademicka bardzo to załapała i to jest takie święto.

Chwalimy się w Polsce upowszechnieniem wyższego wykształcenia, czasem martwimy się, że to wykształcenie niekoniecznie na najwyższym poziomie. Wydaje się, że akurat PWST w Krakowie - że pozostanę jeszcze przy tej nazwie - nie ma z tym upowszechnieniem, w sensie przyjmowania większej liczby studentów, problemu... Na roku wciąż studiuje kilkanaście, dwadzieścia kilka osób...

To prawda, przy czym wciąż mamy około 20 do 30 kandydatów na jedno miejsce i mamy szczęście, że możemy dokonać selekcji ludzi, którzy mają potencjał, żeby tę pracę wykonywać...

Porozmawiajmy chwile właśnie o tych ludziach. Pamiętamy dawne czasy, lata 80., emocje związane związane ze szkołą teatralną, tymi studiami, szansami na pewnego rodzaju karierę, ale też pewnego rodzaju styl życia. Co się zmieniło, jak patrzy się teraz na tych wystraszonych młodych ludzi, którzy przychodzą na egzamin wstępny. Czym oni się różnią od tych, którzy przychodzili kiedyś? Jacy są? Czego oczekują? Co sobą reprezentują?

Jeżeli oni są inni, to dlatego, że w gruncie rzeczy są bardziej zagubieni. Zagubieni w świecie, który im niby tak dużo oferuje, ale wszystko bardzo powierzchownie. Są atakowani wiadomościami, do których tak naprawdę nie mogą się ustosunkować, bo za mało jeszcze wiedzą. Są wspaniali, są naprawdę wspaniali, bo są bardzo otwarci, są gotowi, by zapalić ich pasję. Wiem na jakim poziomie erudycji zaczynają te studia, a na jakim je kończą. Oczywiście może byłoby to zbyt piękne, by nagle, wszyscy, naraz tacy wykształceni wychodzili z murów tej uczelni, wiadomo, że zależy to od wielu cech, natomiast ci, którzy mają ambicje, żeby się rozwijać, robią w ciągu 4,5 roku niesamowity skok. Bardzo często na początku mają ogromne niedobory wykształcenia, za mało przeczytanych książek, ta nauka jakoś tak strasznie zubożyła kanon lektur, ambicje. Sprowadzanie interpretowania literatury do klucza to jest po prostu zbrodnia na narodzie...

I to widać na egzaminach?

To widać zwłaszcza później. Na samych egzaminach czasem zadaje się najprostsze pytania, choćby jeśli ktoś prezentuje tekst Słowackiego zadaje mu się "dowcipne" pytanie: "a w czyim tłumaczeniu?" i człowiek nie umie na to pytanie odpowiedzieć. Czasem są takie dość żenujące sytuacje. A to są przecież ludzie, którzy zdali maturę. Tu jeszcze nawiązując do pytania o Akademię: ja na przykład sfinalizowałam to, o czym także mówiono od lat, został sformułowany kanon lektur, bez których po prostu nie będzie można skończyć naszej szkoły. To nie może być tak, że aktor nie przeczytał powieści Dostojewskiego i sztuk Szekspira. Ja widzę, że młodzi ludzie są ciekawi tego kanonu, dopytują się, zaproponowałam, żeby sami też te lektury sobie nawzajem polecali, uruchomimy odpowiednią stronę. Oni często na początku nawet nie wiedzą, co czytać, od czego zacząć, żeby się doskonalić. Ponieważ tutaj uczą aktorzy, którzy są czynnie grającymi na scenach ludźmi, a przez to są dla studentów autorytetami, kiedy mówią o konieczności czytania, konieczności oglądania filmów, wielu rzeczy w teatrze, ustawiają wysoko poprzeczkę. Pojawia się taki snobizm, którego bardzo byśmy sobie w naszym społeczeństwie życzyli, żeby był snobizm jak za naszych czasów, prawda? My po prostu czytaliśmy i nie wyobrażaliśmy sobie, żeby ktoś nie przeczytał Gombrowicza, który jeszcze wtedy w dodatku był zakazany...

Posłuchaj trzeciej części rozmowy z Dorotą Segdą

Był jeden egzemplarz książki na klasę...

Tak, pamiętam dokładnie ten egzemplarz "Ferdydurke", który mi pożyczył kolega z klasy niżej. Dla nas to było oczywiste, że my się przerzucamy tymi lekturami. A teraz to niestety nie jest oczywiste. Chcę więc zrobić wszystko, by taką modę na czytanie tutaj też obudzić...

Czy dostęp do zawodu, jak to się czasem mówi, próg dostępu, jest teraz niższy, niż był kiedyś? Przez dostępność reklam, castingów do filmów, które są prowadzone czasem wśród naturszczyków, osób bez dyplomu aktorskiego. Pojawiły się prywatne szkoły aktorskie. Czy w związku z tym łatwiej teraz zostać aktorem? To jedno. I drugie. Czy łatwiej jest zostać dobrym aktorem?

Dobrym aktorem na pewno zawsze jest trudno zostać. Ale na to składa się bardzo dużo rzeczy. O prywatnych szkołach aktorskich w ogóle nie mówię. Oczywiście niech ich będzie dużo, to cudowne, że ludzie chcą się bawić w teatr. I nie mówię słowa "bawić", by deprecjonować to, co dzieje się w tych szkołach. Ale wszyscy sobie zdajemy sprawę, że talent nie polega na tym, że się zapłaci i ktoś mnie nauczy, jak być aktorem. Do tego trzeba mieć predyspozycje i jak w całej naszej rozmowie staram się wytłumaczyć, bycie aktorem to nie jest tylko sprawa warsztatowa. To jest w ogóle nieporównywalny poziom kształcenia. Oczywiście, że naturszczyk może zagrać w reklamie, może nawet bardzo dobrze zagrać w filmie, ale my przede wszystkim przygotowujemy ludzi do grania w teatrze, a to wymaga zupełnie innych predyspozycji i przede wszystkim umiejętności. I nie tylko. Zdajemy sobie sprawę, że nie wszyscy ludzie będą mogli znaleźć etaty w teatrach, że musimy ich kształcić tak, by byli gotowi podjąć różne zadania na rynku, żeby byli gotowi sami sobie radzić. I tu nie mówię o serialu, bo to jest akurat prosta sprawa, ale żeby umieli na przykład pisać projekty, starać się o pieniądze, zdobywać środki, samemu tworzyć różne inicjatywy, projekty, teatry. Mamy warsztaty castingowe, pracę z kamerą, tego nie było kiedyś. Staramy się bardzo, by byli wykształceni wszechstronnie, również - a może przede wszystkim - w tej sferze warsztatowej...

Choć Szkoła będzie Akademią wciąż Teatralną to, jak rozumiem, przygotowuje też do pracy z kamerą i otwiera drogę do pracy we wszystkich dziedzinach aktorstwa...

Największe gwiazdy najmłodszego pokolenia kina w polsce to sa nasi absolwenci. Wspomniany przeze mnie Dawid Ogrodnik, Marcin Kowalczyk, Tomek Schuchardt, Joasia Kulig, Roma Gąsiorowska to są wszystko nasi absolwenci. I oni wszyscy, 13 lutego pod moją wodzą, czy batutą występować będą w "Weselu" Wyspiańskiego.

Nie uciekamy od teatru, wręcz przeciwnie. Na ile silne wsród kandydatów na studia jest marzenie o znalezieniu się na scenie w teatrze, o cowieczornej pracy dla żywego widza? Na ile to teatr jest dla nich najważniejszy, a te inne możliwości są czymś, co może pomóc się utrzymać. Jak ważny dla kandydatów i studentów jest teatr?

O ile jeszcze dla kandydatów może nie, trudno to w czasie egzaminu wstępnego dokładnie rozeznać, może marzą po prostu o byciu sławnym, o tyle dla studentów bardzo szybko staje się jasne, że teatr jest czymś najważniejszym. Egzaminy w naszej uczelni polegają na ciągu pokazów. Mamy tutaj około 20-30 przedstawień w sesji, to są rzeczy często tak piękne, że trudno coś tak pięknego znaleźć czasami na profesjonalnych scenach. Zapraszam państwa na dyplomy, które są też fantastyczne. Ostatnia premiera "Do dna" w reżyserii i inscenizacji Ewy Kaim to jest po prostu dzieło sztuki. I to jest tak, że - mówię to sama, aktorka z wieloletnim doświadczeniem - jeżeli się dostąpi takiego wysokiego C i odczuje się te przyjemność bycia na scenie w rzeczach najważniejszych, istotnych, jeżeli się poczuje tę energię od widza i tę ogromną satysfakcję i to katharsis, na które czekamy, to się potem do tego tęskni. I nie jest tak łatwo zamydlić sobie oczy i dać sobie zamydlić oczy rzeczami, które są często chałturą. Owszem, ludzie muszą zarabiać pieniądze, ja jestem ostatnią osobą, która by tu piętnowała, że ktoś bierze udział w reklamie. A już zwaszcza w serialu. Wszystko można robić dobrze, naprawdę. Bajki dla dzieci można grać profesjonalnie i mieć z tego radość. Natomiast ci wszyscy ludzie tęsknią, żeby zagrać w dobrym przedstawieniu teatralnym. I ci, którzy chcą, w których ta siła i determinacja jest wielka, wszyscy to robią. Owszem, nie wszyscy wchodzą w ten świat od razu, niektórzy mozolnie, bo nie mają szczęścia. Bo szczęście w tym zawodzie, mówię o tym z własnego doświadczenia, jest czymś bardzo ważnym. Żeby trafić na odpowiednie osoby w odpowiednim momencie. Żeby akurat ktoś potrzebował takiej osobowosci do jakiegoś przedstawienia, potem to już ruszy lawiną. Tak było w moim przypadku, ja to szczęście posiadałam. Natomiast ci, którzy go nie mają na początku i małymi krokami muszą sobie to zbudować, naprawdę zahaczają się w teatrze i funkcjonują w nim wspaniale.

A jakiego teatru oczekują? W takiej pospolitej dyskusji o teatrze w Polsce mówi się często, że teraz teatr musi być eksperymentalny, musi być prowokujący, musi nas drażnić. niektórzy mówią, że szkoda tego teatru bardziej klasycznego, który polegał po prostu na tym, że się pięknie grało, pięknie mówiło klasyczne teksty, bez udziwnień. Jakiego teatru oczekują młodzi ludzie, w jakim chcą grać?

Tu muszę ci powiedzieć, że studenci aktorstwa właściwie marzą o takim teatrze bardzo literackim. Wiele razy zauważyłam, że podobają im się w teatrze rzeczy, które niekoniecznie są stawiane na świeczniku przez krytykę. Jest w nas aktorach tesknota w ogóle do teatru opartego na dobrej literaturze, nazwałabym to - rzetelnego...

A czy jest miejsce w tej chwili w Polsce na taki teatr? Czy są widzowie, czy są szanse, by takie spektakle finansować?

Oczywiście, że jest miejsce i myślę, że teatr właściwie w tej chwili wraca do takich przedstawień, stawiających literaturą na pierwszym miejscu lub przynajmniej bardzo poważnie tę literaturę traktujący. Michał Zadara, pierwszy eksperymentator polskiego teatru robi teraz "Dziady", które trwają po 13 godzin, bez jednego słowa skrótu, więc ja myslę, że coś się zmienia. A są w Polsce teatry, na przykład uwielbiany przez widownię teatr Krystyny Jandy, pokazujące dzieła literackie w formie nie zmienionej - jak ty to mówisz - udziwnionej. Ale często się takiego słowa używa. Ja na przykład grywam u Krysi Jandy i uwielbiam to. Ja w ogóle jestem trochę z teatru starego, to znaczy z Narodowego Starego Teatru to jestem w 100 procentach, ale chodzi mi o teatr jeszcze z lat 80., 90., bo byłam bardzo młodą aktorką, gdy zaczynałam i wychowali mnie aktorzy, którzy pracowali z Konradem Swinarskim, więc sama się czuję, jakbym z nim pracowała. Choć on zginął wiele lat wcześniej zanim zostałam aktorką, aż mnie dziwi, że on mnie nie wychował. Ale wychował mnie Jarocki, który był mistrzem interpretacji literatury. Dla niego słowo, interpretacja słowa była czymś pierwszorzędnym. A potem wskoczyłam w teatr wielkiego, awangardowego geniusza, Jerzego Grzegorzewskiego, a teraz występuje również u najmłodszych reżyserów, którzy wzbudzają w środowiskach konserwatywnych bardzo poważne kontrowersje. Więc ja mam w sobie taką ogromną rozpietość, otwartość i w gruncie rzeczy chciałabym, by podobnie mieli studenci, żeby lubili grać w teatrze klasycznym, ale byli też otwarci na wszystko, co nowe. Bo my wychowujemy aktorów dla rożnych stylów teatru, żeby umieli zakotwiczyć się w każdym z nich, znaleźć tam frajdę tworzenia...

To jeszcze ostatnie pytanie o reżyserów, bo reżyseria teatralna to też coś, czego można się w przyszłej Akademii Sztuk Teatralnych uczyć. Czy mamy gwarancję, że tych młodych aktorów, którzy wyjdą ze szkoły będzie miał kto wychować, porwać, ukształtować i zostawić im takie wrażenia i umiejętności, żeby mieli potem co po latach wspominać?


W poprzedni weekend miało miejsce Forum Młodej Reżyserii, trzydniowy pokaz prac egzaminacyyjnych i dyplomów, pierwszych warsztatów studentów wszystkich teatralnych, reżyserskich wydziałów z całej Polski. I większość nagród, znaczną większość zgarnęli absolwenci naszej szkoły. Nie mogłam tego sama oglądać, bo miałam wiele innych zajęć, śpiewałam "Hallelujah" Cohena ze studentami na Rynku, mówiłam Norwida w Salonie Poezji w 75. rocznicę powstania Teatru Rapsodycznego, ale słyszałam, że pokazy były niesamowite. A było ich 17, przy 50 zgłoszeniach. To było VI Forum Młodej Reżyserii, taka inicjatywa naszej Szkoły. Wydziały aktorskie od przeszło 30 lat mają swój festiwal w Łodzi, brakowało takich spotkań i rozmów młodych reżyserów. A teraz ta nasza doroczna impreza ma coraz większą rangę, jest tak dużo zgłoszeń, że musimy mieć komisję selekcyjną, żeby pokazać te prace. Młodzi reżyserzy są bardzo ciekawi, a co będą tworzyć już na profesjonalnych scenach to czas pokaże, naprawdę nikt nie może zaprojektować artysty. Może mu tylko pootwierać głowę i pewne rzeczy pokazać. A potem artysta jest samodzielnym bytem. I to jest cudowne.