"Jest dla nas ważne, by prezydent USA Donald Trump i prezydent Rosji Władimir Putin mieli możność podzielenia się wizją naszych przyszłych relacji" - powiedział w środę szef dyplomacji USA Rex Tillerson. "Wciąż nie wiemy, jakie są intencje Rosji" - zastrzegł.

Władimir Putin (fot. Sergei Chirkov/EPA) i Donald Trump (fot. Paweł Supernak/PAP) /PAP/EPA

Rex Tillerson wypowiedział się na temat planowanego spotkania prezydenta USA Donalda Trumpa z przywódcą Rosji, Władimirem Putinem, do którego dojdzie 7-8 lipca w kuluarach szczytu G20 w Hamburgu, w środę wieczorem, bezpośrednio przed swym wylotem z Waszyngtonu.

Tillerson podkreślił, że to, na czym szczególnie zależy amerykańskiemu resortowi spraw zagranicznych, to "swobodna wymiana poglądów prezydentów obu państw na temat natury przyszłych relacji rosyjsko-amerykańskich".

Przyznał, że oba kraje "dzielą fundamentalne, nieusuwalne różnice, gdy chodzi o wiele spraw, ale potencjalnie są one zdolne do skoordynowanej współpracy w tym, co dotyczy stabilizacji w Syrii".

Jak zaznaczył, Waszyngton wiąże pewne nadzieje z zaangażowaniem się Rosji w uregulowanie konfliktu wojennego w Syrii.

Nie wykluczył, że Waszyngton i Moskwa mogłyby się porozumieć w sprawie wyznaczenia stref z obowiązującym zakazem lotów, tzw. no-fly zones, w Syrii.

Także szef amerykańskiej dyplomacji dodał, że Biały Dom chciałby rozmawiać z Rosją o statusie obserwatorów, którzy nadzorowaliby zawieszenie broni oraz o sposobach wspólnego dostarczenia pomocy humanitarnej do rejonów, gdzie jest ona najbardziej potrzebna.

Jeśli nasze dwa kraje zdołają ze sobą współpracować w procesie zaprowadzania stabilności tam, na miejscu, tym samym położą fundament pod przyszłe rozwiązanie polityczne dla Syrii - wskazał.

Jak ocenił, Państwo Islamskie i jego struktury chylą się ku upadkowi pod naporem ofensywy koalicji antyislamskiej pod wodzą Stanów Zjednoczonych. Rosja może odegrać w tym procesie konstruktywną rolę - dodał.

Zdaniem Tillersona, Rosja niesie na swych barkach szczególną odpowiedzialność za powstrzymanie reżymu Baszara el-Asada przed dalszym używaniem broni chemicznej.

W ocenie Waszyngtonu w kwietniu br. armia syryjska użyła broni chemicznej w Chan Szajchun. W reakcji na ten atak USA w nocy z 6 na 7 kwietnia przeprowadziły uderzenie rakietowe na syryjską bazę lotniczą Szajrat w prowincji Hims. Według Pentagonu uszkodzono tam lub zniszczono około 20 proc. syryjskich lotniczych sił operacyjnych. To z Szajratu według USA miały wystartować samoloty, które zaatakowały Chan Szajchun.

Damaszek przypisanie mu kwietniowego ataku chemicznego nazwał historią wymyśloną w stu procentach, a jego główny sojusznik, Rosja, zapewniała, że do ofiar doszło w wyniku ataku rządowych sił lotniczych na wytwórnię produkująca dla rebeliantów broń chemiczną. Atak USA na bazę Szajrat syryjskie władze uznały za "lekkomyślny i nieodpowiedzialny".

(az)