​Ustępujący prezydent Gambii Yahya Jammeh ogłosił stan wyjątkowy na dwa dni przed przekazaniem władzy liderowi opozycji. Wszystko wskazuje, że to próba zachowania władzy przez dyktatora, którzy rządził krajem przez ponad 20 lat.

Yahya Jammeh (po prawej) /SOLAN KOLLI /PAP/EPA

Ogłaszam stan wyjątkowy na terenie Islamskiej Republiki Gambii - zadeklarował Jammeh. Tym samym w kraju zakazane zostały akty "niesubordynacji i zaburzania porządku publicznego". Z założenia stan ma trwać 90 dni.

Jammeh tłumaczy, że stan wyjątkowy jest potrzebny, ze względu na "ingerencję zewnętrzną", która miała zakłócić wybory prezydenckie 1 grudnia. Gambijczyk przegrał w nich z liderem opozycji Adamą Barrowem. Tydzień po wyborach media państwowe opublikowały sondaż, który wskazywał jednak na zupełnie inny wynik.

Barrow aktualnie przebywa w Senegalu. Oficjalnie ma przejąć władzę 19 stycznia.

W obliczu nadchodzącej zmiany władzy w ciągu ostatnich dni wielu politycznych sojuszników Jammeha podało się do dymisji lub uciekło z kraju. Wśród nich byli m.in. ministrowie finansów, spraw zagranicznych, handlu i środowiska.

Liderzy lokalnych społeczności grożą, że w razie potrzeby użyją siły, by obalić Jammeha. Również inne kraje afrykańskie zamierzają się zaangażować w operację. Według agencji Reutera swoje wojska przygotowuje już Nigeria. 

Unia Afrykańska ogłosiła, że nie będzie uznawała prezydentury Jammeha po 19 stycznia. 

W wyniku napiętej sytuacji, wielu mieszkańców ucieka do pobliskiego Senegalu. Jesteśmy przerażeni, wszędzie są żołnierze z karabinami - powiedziała mieszkanka Gambii, która uciekła ze swoją rodziną. 

Jammeh rządził w Gambii od 1994 roku, kiedy to w wyniku zamachu stanu przejął władzę. Jego rządy charakteryzowały się brutalną walką z opozycją. Jego polityczni przeciwnicy byli torturowani i zabijani. W 2015 roku oficjalnie zamienił kraj w islamską republiką. 

(az)