Jeszcze dzisiaj wieczorem „spotkanie ostatniej szansy” między premierem Morawieckim a szefem Komisji Europejskiej, Jean-Claude, Junckerem. Juncker w rozmowie z dziennikarką RMF FM Katarzyną Szymańską-Borginon wyraźnie dał zachęcający sygnał „ Chciałbym wierzyć, że nasze relacje staną się przyjazne i łagodniejsze” - stwierdził.

Premier Mateusz Morawiecki /STEPHANIE LECOCQ /PAP/EPA

Do spotkania Morawiecki-Juncker dojdzie przy okazji wieczornej kolacji unijnych przywódców. W najbliższą środę KE ma dyskutować o praworządności w Polsce. Bruksela ma już w ręku krytyczną ocenę ustaw o Sądzie Najwyższym i KRS przygotowaną przez Komisję Europejską. 

Jak twierdzą rozmówcy dziennikarki RMF FM, Komisja nie wyklucza wniosku do Rady UE o uruchomienie procedury artykułu 7 Trakatu UE, która w ostateczności oznacza sankcje. Jak alarmowaliśmy jako pierwsi, nad Polską wisi także widmo ogromnych kar finansowych w związku z postanowieniem Trybunału UE o tzw. środkach tymczasowych. Może to być nawet ponad milion euro. Dla Morawieckiego jest to więc praktycznie ostatnia szansa na przekonanie Junckera, żeby tego nie robić.

Premier Morawiecki wydawał się pogodzony z tym, że KE będzie wnioskować o uruchomienie artykułu 7 punkt 1. A taki krok Brukseli będzie oznaczać, że jeżeli będzie większość 22 krajów Unii, to Polska zostanie uznana za kraj, gdzie praworządność jest poważnie zagrożona. Pytany przez korespondentkę RMF FM jakich zamierza użyć argumentów w rozmowie z Junckerem, by go przekonać, aby do tego nie doszło, polski premier odpowiedział: "Jeżeli został nadany bieg jakiemuś procesowi - a jak rozumiem została już podjęta decyzja, że KE zamierza w przyszłym tygodniu w środę uruchomić art. 7 punkt 1,  to zapewne będzie on uruchomiony. To jest oczywiście ich prerogatywa". 

W sprawie Puszczy także nie zanosi się na przełom. Morawiecki powiedział, że w sprawie Puszczy Białowieskiej będzie czekać do ostatecznego wyroku Trybunału. Będziemy respektować ostateczny wyrok Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości ws. Puszczy Białowieskiej - mówił premier. Nic nie powiedział o respektowaniu decyzji Trybunału UE z 20 listopada, który pod groźbą kar finansowych nakazał natychmiastowe wstrzymanie wycinki do czas ostatecznego wyroku. Słowa premiera mogą oznaczać, że jeżeli Polska będzie czekać do ostatecznego wyroku, żeby się dostosować, to musi się liczyć z tym, że zapłaci co najmniej 100 tys. euro dziennych kar. Ostateczny wyrok zapadnie bowiem najwcześniej w marcu, a kary będą się liczyć od 20 listopada (decyzja Trybunału). Łatwo więc obliczyć, że grozi nam co najmniej 1,2 mln euro kary. W sprawie kar Komisja Europejska ma wnioskować do Trybunału jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia.

(mpw)