Stabilizacja, czy wyznaniowy rozłam kraju? W niedzielę Turcy decydują o przyszłości swojego kraju. W rozmowie z RMF FM analitycy mówią o kilku możliwych rozwiązaniach. Od 13 lat rządzącą partią w kraju jest AKP – konserwatywno-islamistyczna Partia Sprawiedliwości i Rozwoju. Sondaże dają jej ponad 40 procent poparcia. W czerwcowych wyborach - ugrupowanie - utraciło większość absolutną, czyli 276 mandatów w liczącym 550 miejsc parlamencie (zdobyło wtedy 258 mandatów). AKP wyrosła z odłamu zakazanej islamistycznej Partii Cnoty. Postrzegana jest jako partia prozachodnia. Ale w sprawie wejścia Turcji do Unii – Zachód Europy jest ostrożny. Niemcy i Francja proponują Turkom tylko "uprzywilejowane partnerstwo". I to mimo, że konstytucyjnie Turcja jest bezwyznaniowa. Z Adamem Balcerem, ekspertem do spraw tureckich z Centrum Strategii Europejskiej Demos Europa – o wyborach rozmawia reporter RMF FM Romuald Kłosowski.

W Turcji przedterminowe wybory parlamentarne /UMIT BEKTAS / POOL /PAP/EPA

Romuald Kłosowski: Jak te wybory mogą zmienić sytuację w Turcji?

Adam Balcer: Mogą doprowadzić albo do znaczącej poprawy, albo do wyraźnego pogorszenia. W najgorszej sytuacji w Turcji może być totalny chaos i wojna domową. To może być wojna etniczna między Kurdami, a Turkami. W jeszcze gorszym scenariuszu może być to konflikt, który przetnie Turcję wyznaniowo. Wszyscy są Muzułmanami, ale w Turcji nie ma jednorodnego Islamu. Jest liczna mniejszość zbliżona do Szyitów, Alawici, którzy głosują przede wszystkim na lewicę, a nie na rządzącą prawicę; czują się dyskryminowani, a część z nich czuje związek z Kurdami. Mamy też napięcia między sekularystami, a islamistami. Pęknięcie Turcji na dwa bloki to byłby najgorszy scenariusz. Ale jest też pozytywne rozwiązanie: AKP czyli rządząca, konserwatywno-islamistyczna Partia Sprawiedliwości i Rozwoju wygrywa te wybory. Ale to pyrrusowe zwycięstwo, ponieważ musi stworzyć szeroką koalicję, w stylu Niemiec, gdzie siły połączyły SPD i CDU. AKP musiałaby się połączyć z partią lewicową, główną siłą opozycji, która wywodzi się ruchu kemalistowskiego czyli Kemala Atatürka, świeckiego założyciela republiki. To partia republikańsko-ludowa. Taką wielką koalicję mogą spokojnie poprzeć Kurdowie, a to oznaczałoby zakończenie walk z Kurdami. Kolejny scenariusz to koalicja AKP z nacjonalistyczną, prawicową partią MHP. To oznaczałoby jasny sygnał dla Kurdów - nie ma procesu pokojowego i próba rozwiązania problemu środkami militarnymi.

Skoro mowa o potencjalnych przyszłych starciach, dlaczego teraz Turcja nie walczy z Państwem Islamskim, a walczy z Kurdami?

To nie jest tak do końca. Nie można powiedzieć, że Turcja nie walczy z PI, bo nie byłaby wtedy ofiarą największego zamachu w historii tego kraju. Obecnie jest wielka fala aresztowań, podczas których niektórzy są też zabijani. Po drugie, Turcja już wcześniej aresztowała ludzi, którzy byli w komórkach PI w ich kraju. Poza tym były i są naloty na Państwo Islamskie, a Turcja udostępniła Amerykanom bazę w Incirliku. Zupełnie inną kwestią jest to, że podobnie jak Rosja, która mówi, że walczy przede wszystkim z Państwem Islamskim - Turcja nie walczy z nim "przede wszystkim". Czyli nie jest tak, że w ogóle nie walczy, ale skupia się głównie na walce z Partią Pracujących Kurdystanu. PKK to organizacja, która jest uznawana za terrorystyczną w Europie i w Stanach Zjednoczonych i od ponad 30 lat walczy z Turcją. Od lipca tego roku mamy eskalację  konfrontacji armii tureckiej z PKK. Turecka elita rządząca postrzega PKK jako największe zagrożenie bezpieczeństwa kraju, groźniejsze niż Państwo Islamskie. Oczywiście polityka Turcji jest schizofreniczna, bo z jednej strony - naloty na stanowiska PKK są w Iraku; z drugiej - walki toczą się też w Turcji, bo Turcy nie mogą większymi siłami wejść do północnego Iraku, kontrolowanego przez miejscowych Kurdów. Jednocześnie filia PKK działa i skutecznie walczy w Syrii i tam Turcy, nie licząc incydentów na granicy, nie prowadzą nalotów na filię PKK, która działa pod inną nazwą. Nawiasem mówiąc, Europa zachodnia uznaje PKK za organizację terrorystyczną, ale nie ma żadnych problemów, by współpracować z jej filią w Syrii. Swoją drogą, określenie ‘terrorysta’ jest w tym przypadku wątpliwe.

A co te wybory oznaczają dla Europy, a konkretniej - dla Unii Europejskiej?

Scenariusz szerokiej koalicji sprzyja stabilizacji Turcji i to dobry sygnał dla Europy. A Turcja to przecież ważny sąsiad, najważniejszy po Rosji. Turcja to kluczowe państwo w kwestii rozwiązania problemów fali uchodźców, w kwestii Syrii, Bliskiego Wschodu i obszaru poradzieckiego. Można wymieniać: energetyka, Iran i tak dalej.

A kwestia dziennikarzy w Turcji?

Teraz ta sytuacja wygląda bardzo źle. Obecna władza próbuje zniszczyć wolne media przy pomocy policji, sądów i prokuratury, którą częściowo kontroluje. Uderzyła w opozycyjny holding medialny, łącznie z tym, że dziennikarze zostawali wynoszeni ze studia podczas programów na żywo. Zdecydowana większość Turków to odrzuca. Do 70 proc. obywateli mówi w badaniach, że to niedopuszczalne. Jednak 20 proc. twardego elektoratu to akceptuje. Dramat Turcji polega na tym, że AKP cieszy się poparciem w sumie około 40 procent. Reszta odrzuca tę partię i głosuje na ugrupowania opozycyjne. To ludzie, którzy uważają, że publiczne media kłamią i nie lubią Prezydenta Erdoğana. Powszechnie wiadomo, że rządzące ugrupowanie ma monopol w publicznych mediach. Fakt, że AKP ma największe poparcie wynika jednak nie tylko z presji autorytarnej, ale także z uwarunkowań kulturowo-społecznych. Bez władzy w mediach miałaby poparcie nie 40, ale może około 30 proc. Nie można też wykluczyć, że rządząca obecnie partia zdobędzie większość w Parlamencie, albo zdobędzie wystarczająco dużo i wyciągnie paru posłów z MHP i będzie miała własny, autorytarny rząd.

A kolejna siła? Jakie ma poparcie?

Druga partia ma 27 procent, a kolejne dwie mają po kilkanaście procent poparcia. Przewaga AKP wynika także z tego, że po drugiej stronie nie ma bloku opozycyjnego. Szczególnie dwie partie z opozycji bardzo się między sobą różnią; to turecka partia prawicowa i kurdyjskie ugrupowanie lewicowe. Pierwsza z tych dwóch partii mówi, że nie jest w stanie usiąść przy jednym stole rozmów z Kurdami.