"Widziałam wszędzie wozy policyjne, jechały z każdej strony w każdą stronę. To pierwsze takie zdarzenie w Finlandii na taką skalę" - mówi RMF FM pani Patrycja, mieszkająca w Turku. Po ataku nożownika w tym fińskim mieście policja wciąż prowadzi dochodzenie i prosi mieszkańców o pozostanie w domach.

Jak relacjonuje nasza słuchaczka, miasto szybko opustoszało. /ARI MATTI RUUSKA/TURUN SANOMAT /PAP/EPA

Pani Patrycja w momencie ataku była razem ze swoim dzieckiem w sklepie z zabawkami w centrum handlowym, oddalonym o 4 kilometry od miejsca zdarzenia. Policja powiedziała nam, że jest alarm, prawdopodobnie terrorystyczny, i w tej chwili wszyscy muszą wyjść, centra są zamykane - powiedziała RMF FM.

Zaznaczyła, że nikt nie panikował. Finowie nie są raczej tacy, którzy wpadają w histerię i biegną z krzykiem, uciekając. Po prostu wszyscy złapali za ręce swoje dzieci, wyprowadzili je ze sklepu, wsiedli w samochody, zamknęli się w nich i albo siedzieli na parkingu, albo odjechali do domu. Momentalnie korki się stworzyły, co też jest nieprawdopodobne tutaj, bo tutaj zazwyczaj nigdy nie ma korków - relacjonuje.

Pani Patrycja w rozmowie z RMF FM mówi, że rynek w Turku, na którym doszło do ataku, jest miejscem typowo targowym. Tam są rozstawione stragany z owocami, z ubraniami i tam zawsze piątek-sobota jest bardzo duży tłum robiący zakupy - mówi.

Przyznaje, że nie pamięta podobnej sytuacji w Finlandii. Zdarzało się, że młodzi Finowie strzelali po dyskotece w środku nocy do kogoś, ale to jest pierwsze takie zdarzenie w Finlandii na taką skalę i wyglądające na atak terrorystyczny - mówi.