​Dyrektor kliniki zajmującej się alternatywnymi metodami leczenia raka w niemieckim Brueggen jest podejrzewany o zabójstwo. Po terapii w jego placówce zmarły bowiem trzy osoby, a dwie kolejne trafiły do szpitala w poważnym stanie. Bardzo możliwe, że mężczyzna podawał im niesprawdzone wcześniej leki.

Zdj. ilustracyjne /Rui Vieira /PAP/EPA

Klaus R. był w Niemczech nazywany "uzdrowicielem raka". Swoim pacjentom podawał jednak specyfiki, które nie zostały oficjalnie zatwierdzone jako skuteczny lek na nowotwór. Dodatkowo były one testowane jedynie na zwierzętach, a nie na ludziach.

Wkrótce po tej alternatywnej terapii zmarło trzech pacjentów - Belg, a także mężczyzna i kobieta z Holandii. To są ludzie, którzy byli leczeni krótko przed 19 lipca i ich stan zdrowia bardzo szybko się pogorszył - powiedział prokurator Axel Stahl.

Śledczy teraz próbują znaleźć powiązanie między zgonami, a eksperymentalnym lekiem używanym w klinice. Nie odrzucają jednak prawdopodobieństwa, że wszyscy pacjenci zmarli, ponieważ ich choroba była w bardzo zaawansowanym stanie.

W ostatnich tygodniach niemieckie media donosiły, że w wyniku leczenia propagowanego przez Klausa R. zmarło nawet 70 osób.

Podejrzany zaprzeczył, jakoby zrobił cokolwiek złego. 

(az)