Zdaniem historyków w pierwszych latach po powstaniu RFN w 1949 roku ponad połowa osób na kierowniczych stanowiskach w resorcie sprawiedliwości miała nazistowską przeszłość. Ich działalność była przeszkodą w powojennej odnowie kraju - ocenił minister Heiko Maas.

Niemieccy żołnierze przesłuchują meiszkańców getta żydowskiego w Warszawie / Zdj. ilustracyjne /UPPA/Photoshot /PAP/EPA

Istniały ścisłe personalne związki pomiędzy nazistowskim wymiarem sprawiedliwości a ministerstwem sprawiedliwości młodej Republiki Federalnej Niemiec - powiedział Maas w poniedziałek w Berlinie podczas spotkania z komisją historyków, która zbadała kariery 170 pracowników ministerstwa.

Ta kontynuacja miała fatalne następstwa; była przeszkodą w demokratycznej odnowie resortu i znacznie tę odnowę opóźniła - zaznaczył polityk SPD.

Z raportu historyków wynika, że 53 proc. osób na kierowniczych stanowiskach - od kierownika referatu wzwyż - należało do NSDAP, co piąty był członkiem SA, a 16 proc. pracowało przed 1945 rokiem w ministerstwie sprawiedliwości III Rzeszy.

Zdaniem komisji obecność byłych nazistów na kluczowych stanowiskach uniemożliwiła konsekwentną denazyfikację prawa. Ministerstwo chroniło przestępców wojennych, utrudniając ich ściganie - twierdzą historycy.

Podczas rekrutacji do ministerstwa po 1949 roku zwracano przede wszystkim uwagę na kompetencje i doświadczenie, pomijając często aspekt polityczny. Wielu prawników uważało się za apolitycznych rzemieślników prawa, co powodowało, że w III Rzeszy stali się współsprawcami bezprawia - powiedział Maas. Po wojnie panujący wśród nich "duch korporacyjny" uniemożliwił uczciwe rozliczenie się z historią.

Niemieckie media - dziwiąc się brakowi rozliczeń - przypominają, że pierwszym ministrem sprawiedliwości po powstaniu RFN był ożeniony z Żydówką liberał z FDP Thomas Dehler. Sekretarzem stanu w resorcie był Walter Strauss z CDU, zwolniony przez nazistów z wymiaru sprawiedliwości ze względu na żydowskie pochodzenie. Obaj byli osobami prześladowanymi przez nazistów i być może dali się "ponieść atmosferze grubej kreski" - zastanawia się dpa.

Autorzy raportu podkreślają, że po zakończeniu wojny niemal żaden z sędziów i prokuratorów, którzy w czasach III Rzeszy wydawali niesprawiedliwe wyroki, nie został pociągnięty do odpowiedzialności. Jedyny wyjątek stanowił proces przeprowadzony w 1947 roku przez okupacyjne władze amerykańskie, w którym na karę dożywotniego więzienia skazano między innymi sekretarza stanu w ministerstwie sprawiedliwości w latach 1941-1942 Franza Schlegelbergera. Ze względu na zły stan zdrowia skazany wyszedł na wolność już w styczniu 1951 roku.

W wydanej trzy lata temu książce, stanowiącej jeden z etapów badań historyków, podano wiele bulwersujących przykładów kontynuowania prawniczych karier przez osoby skompromitowane w czasach III Rzeszy. Wolfgang Fraenkel, od 1962 roku prokurator generalny RFN, skazał w 1942 roku na śmierć złodzieja damskiej torebki. Chociaż sam osławiony prezes hitlerowskiego Trybunału Ludowego, Roland Freisler, prosił o korektę wyroku ze względu na niską szkodliwość czynu oraz ograniczenie umysłowe przestępcy, Fraenkel nie ustąpił.

Jak się okazało, Fraenkel wnioskował w czasie wojny o karę śmierci w 30 innych, najczęściej błahych sprawach - kradzieży roweru czy żywności. Komisja Bundestagu, która badała sprawę, nie dopatrzyła się w postępowaniu sędziego i prokuratora żadnych uchybień.

Podczas trwających 12 lat rządów Hitlera w Niemczech wykonano 35 tys. wyroków śmierci - jedną trzecią orzekli sędziowie utworzonych w 1933 roku sądów specjalnych.

(az)