Bank Żywności w Lublinie jest wypełniony po brzegi. Jednak z powodu skomplikowanych procedur narzuconych przez urzędników, organizacje, które zajmują się wydawaniem jedzenia najuboższym, rezygnują z tej pomocy, ponieważ mają dość biurokracji.

Magazyn Banku Żywności (zdj. ilustracyjne) /Grzegorz Michałowski /PAP/EPA

W lubelskim Banku Żywności praktycznie zablokował się magazyn, bo brakuje organizacji, które chcą odbierać i przekazywać żywność ludziom. Dziś przyjechało 29 palet oleju - jest jednak problem, co z nim zrobić. Nie bardzo jest już gdzie to wszystko mieścić. Musimy opróżniać magazyn, a następnie wstawiać to na dworze - mówi Janusz Skubis, magazynier lubelskiego Banku Żywności. Cały czas jednak przyjeżdżają regularne dostawy. Zmagazynowane jest 350 ton. Jeszcze dwa tiry maksymalnie i koniec - dodaje.

Organizacje właściwie błagam na kolanach, żeby przystąpiły do programu - mówi Marzena Pienkosz-Sapiecha, prezes lubelskiego Banku Żywności. Takich instytucji działa niewiele w małych miejscowościach, poza tym nie są w stanie spełnić wszystkich wymagań Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej. To organizacje pozarządowe, które nie mają pieniędzy, pracują w nich wolontariusze. Nie są w stanie zmierzyć się z biurokracją - dodaje Pinkosz-Sapiecha.

Możemy im żywność dowieźć. Co prawda środki na to przeznaczone przez ministerstwo są znacznie niższe, niż rzeczywiste potrzeby, ale je zawieziemy, jeśli nie mają jak odebrać. Tylko żeby chcieli je odebrać - mówi prezes BŻ. "Dlatego trzeba zrobić wszystko, żeby ta żywność w ogóle trafiła do ludzi, a nie mnożyć problemy, wytyczne. Trzeba ułatwiać" - mówią zajmujący się pomocą.

Dlaczego w 2014 roku można było wydać żywność przez miesiąc i wszystko było proste łatwe i przyjemne? Bo nie było tyle formalności i biurokracji - tłumaczy z kolei Pinkosz-Sapiecha.

Jej słowa potwierdzają osoby pracujące w organizacjach dystrybuujących żywność. Teraz można 5, wcześniej była mowa o 6 wydaniach w ciągu roku - po co aż tyle? - pyta Krzysztof Leszczyński z lubelskiego oddziału Towarzystwa Przyjaciół Dzieci. Dla niektórych ludzi spoza Lublina, którzy muszą do nas przyjechać i ponosić za każdym razem koszty. Nie mają organizacji obok siebie, a ośrodki pomocy społecznej nie biorą udziału w programie. Łatwiej by im było odebrać raz albo dwa razy w roku - dodaje.

Najbardziej trudny jest taki moment działania: przychodzą ludzie, my wydajemy, szukamy uzupełniamy, wszyscy czekają, denerwują się, bo każdy gdzieś tam czeka w kolejce i chce to dostać. A my wypełniamy dokumenty, bo muszą podpisać, podliczamy, sprawdzamy, a to zajmuje czas - mówi Małgorzata Stojko z gminy Komarówka spod Tomaszowa Lubelskiego, która przyjechała po żywność. Niestety w pośpiechu łatwo się pomylić - tłumaczy.

Przecież my wszyscy w stowarzyszeniach różnych pracujemy charytatywnie, społecznie, chcemy pomagać, a nie wypełniać papiery. Jest radość jak się widzi tych, którym się pomaga, ale jak mówię - siądziemy w papierach i euforia opada - dodaje Stojko.

Czy Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej coś z tym zrobi? Czekamy na odpowiedź.

(abs)