Dziś Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych - żołnierzy polskiego podziemia, którzy nie mogli pogodzić się ze stalinowskim reżimem. "Określenie "Żołnierze Wyklęci" odzwierciedla ich tragiczną sytuację - zostali podwójnie zabici. Są ofiarami zabójstwa fizycznego i dokonanego na ich pamięci" - podkreśla w rozmowie z RMF FM profesor Andrzej Nowak. Profesor Nowak jest m.in konsultantem historycznym filmu "Historia Roja, czyli w ziemi lepiej słychać". Pierwsza fabuła o żołnierzach wyklętych w piątek 4 marca trafi do kin.

Kwiaty pod tablicą pamiątkową w areszcie śledczym Warszawa-Mokotów /Jakub Kamiński /PAP

Katarzyna Sobiechowska-Szuchta: Kim był Mieczysław Dziemieszkiewicz, ps."Rój"? I dlaczego może budzić tak skrajne emocje?

Prof. Andrzej Nowak: Mamy niewiele wiadomości na jego temat. Nie możemy w pełni odtworzyć jego profilu psychologicznego. Ani wczuć się do końca w jego emocje, a były to emocje skrajne. Przypomnijmy - młody człowiek, 20-letni w 1945 roku wchodzi w działania podziemia już antykomunistycznego, po okresie współpracy, poprzez swoje starszego brata, z podziemiem antyhitlerowskim, antyniemieckim jeszcze w okresie II wojny. Ale wchodzi w tę nową fazę widząc, że zamiast niepodległości przychodzi nowe zniewolenie w 1945 roku. Warto też przypomnieć, że jego brat został zabity przez "wyzwolicieli". Nie był zresztą jedyną ofiarą tego "wyzwolenia". Wejście Armii Czerwonej i wkraczającego z nią ludowego Wojska Polskiego oznaczało odsunięcie widma najgorszego, widma zagłady ze strony Niemiec hitlerowskich szykowanej także dla ludności polskiej, słowiańskiej. Natomiast z całą pewnością nie oznaczało niepodległości, tylko nową formę zniewolenia. I nie wszyscy ci młodzi ludzie, którzy walczyli o wolność i niepodległość, dali sobie wytłumaczyć, że to jest ten moment, kiedy trzeba złożyć broń i zaakceptować przewagę fizyczną, materialną, zwycięskiego obozu i pogodzić się, jak wierzyli jedni z półniepodległością, a jak uznawali inni z pełnym brakiem wolności. Ci najodważniejsi, ktoś może powiedzieć najbardziej szaleni, uznali, że honor, że poczucie zobowiązania, jakie zaciągnęli już w czasie II wojny światowej, walki o wolność nie pozwoli im odłożyć tej broni, kiedy wolności wciąż nie ma. I do tej mniejszości, bo to była jednak mniejszość, należał Mieczysław Dziemieszkiewicz. Można powiedzieć, że toczyła się więc po 1945 roku następna wojna. Spór, który się toczy wokół tej sprawy, dotyczy pytania, czy było to wojna domowa, a więc tragedia, w której strzelamy nawzajem do siebie, czy też była to walka z zewnętrznym okupantem, który przyszedł ze wschodu. Faktu są nieubłagane. Dwie dywizje NKWD stacjonowały tutaj na prośbę Bolesława Bieruta do 1947 roku. Potem ten kontyngent był zmniejszony. Chodziło o to, by umacniać i chronić tę nową władzę. Ona sama nie była w stanie przetrwać w środowisku polskim, które traktowało ją w ogromnej większości jako obcą władzę, jako władzę narzuconą, władzę, której główna legitymacja polegała na tym, że stoją za nią czołgi, które przyjechały z Moskwy. A jednocześnie to była wojna domowa, bo Polacy strzelali do Polaków. I w tym sensie są dwie pamięci tego konfliktu. Jedna pamięć traktuje tę wojnę jako dalszą część wojny o niepodległość i w związku z tym ci, którzy byli w niej po właściwej stronie, czyli walczyli o niepodległość jak Mieczysław Dziemieszkiewicz, są jednoznacznymi bohaterami. Wielkimi, wyjątkowymi bohaterami, dlatego, że było ich tak niewielu. Ale jest druga pamięć, która przyjmuje wizję wojny domowej, w której bohaterstwo z obu stron może być zakwestionowane, bo strzelaliśmy do siebie, zabijaliśmy się nawzajem. Ci, którzy są wierni tej pamięci, mogą mówić o Żołnierzach Wyklętych - przestępcy czy zbrodniarze, bo oni zabijali ludzi. Ale nie wolno zapomnieć o tej pierwszej pamięci. I nie wolno zapomnieć o proporcjach. Żołnierze Wyklęci walczyli jak Dawid z Goliatem. Tyle, że nie było happy endu. Walka Dziemieszkiewicza trwała sześć lat. Duchowo się jednak nie poddali. Walczyli do końca. I to musi budzić szacunek u każdego, kto ma elementarny instynkt moralny. Człowiek, który staje do nierównej walki, naraża życie, wie, że jest ogromne prawdopodobieństwo, że zginie, zasługuje na współczucie i szacunek. I myślę, że to jest powód niesłychanego zwycięstwa, jakie odnieśli Żołnierze Wyklęci w pamięci młodych ludzi w ostatnich latach. Zobaczono w nich bohaterów.

Od kilku lat przywracamy pamięć o nich. Mówimy o nich również "niezłomni".

Ja akurat przyzwyczaiłem się do pierwotnie przyjętego określenia "wyklęci". Bo ono odzwierciedla ich tragiczną sytuację, pewnego rodzaju patos ich położenia i oddaje prawdę o tym, jak byli traktowani prze ponad pół wieku. Ich szczątki były bezczeszczone. Jeszcze niedawno czaszka jednego z bohaterów filmu "Historia Roja" zdobiła, jako trofeum, gabinet gdzieś w Akademii Medycznej w Lublinie, a szczątki setek innych zostały tak zniszczone, by nikt ich nigdy nie znalazł. Zostali wyklęci. I to jest jeszcze jeden powód do moralnego ujęcia się za ich dziedzictwem. Bo to jest współczucie dla najsłabszych. Zostali nie tylko zabici, ale również ich imiona chciano wymazać całkowicie z pamięci następnych pokoleń. A najbliższym nie pozwolono uszanować ich szczątków. To ofiary podwójnego zabójstwa. Zabójstwa fizycznego i dokonanego na ich pamięci. Zadośćuczynieniem może być tylko przywrócenie tej pamięci

Czy film "Historia Roja, czyli z ziemi słychać lepiej" ma szansę trafić do wyobraźni młodego widza?

Z pewnością tak. Występują w nim po stronie niezłomnych bardzo młodzi ludzie. Mówię też o aktorach. To nie są zgrane twarze. Grają jakby uczestniczyli w jakiejś przygodzie. Oczywiście ta przygoda jest śmiertelnie niebezpieczna, ale prowadzi ich idea wolności. Oni ryzykują wszystko, ale z kawalerską fantazją i rozmachem. I ze świadomością, że nawet jeśli zginą, to za nimi na pewno pójdą inni. I tu niesłychane wrażenie robi ostatnia scena filmu. Dawno nie widziałem tak wstrząsającej sceny w polskim kinie.