Na 1 tys. zł grzywny skazał wrocławski sąd mężczyznę oskarżonego o nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych. To rodzic, który w szkole swojej córki zerwał plakat z ukraińską flagą i godłem. Wyrok nie jest prawomocny.

Krzysztof Madej w sądzie /Maciej Kulczyński /PAP

Sędzia Agnieszka Wróblewska-Kafka w uzasadnieniu wyroku powiedziała, że wypowiedzi oskarżonego nie były wyrażaniem poglądu ani opinii, lecz nawoływaniem. Nawet jeśli nie przyniosły efektu, to jednak taka wypowiedź nacechowana złymi emocjami jest nawoływaniem - oceniła sędzia.

Sąd od września rozpatrywał akt oskarżenia wobec Krzysztofa Madeja (zgadza się na podawanie pełnego imienia i nazwiska - PAP), w którym zarzucono mu przestępstwo z art. 256 Kodeksu karnego. "Kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2" - tak brzmi art. 256 KK.

"Zapytałem nauczycielki, kto jest za to odpowiedzialny"

24 listopada 2016 r. w jednej z wrocławskich szkół w ramach programu edukacyjnego pt. "Tolerancyjny Europejczyk" obchodzono dzień ukraiński. Madej, który przyszedł odebrać swoją 8-letnią córkę, zerwał umieszczone w oknach i przed biblioteką plakaty z flagą ukraińską i godłem tego kraju. Przyznał, że zaniósł je do biblioteki, gdzie rzucił je na stół. Nie przyznał się jednak do winy i nawoływania do nienawiści na tle różnic narodowościowych czy etnicznych.

Mężczyzna mówił w sądzie, na jednym z plakatów dostrzegł symbol zbrodniczej organizacji UON-UPA. To wzbudziło moje wzburzenie. Dlatego zapytałem nauczycielki w bibliotece, kto jest za to odpowiedzialny i czego jeszcze one uczą w tej szkole - relacjonował oskarżony na pierwszej rozprawie. Wtedy zeznawały też w charakterze świadków nauczycielki oraz dyrektor szkoły. Jak powiedziały, na plakatach nie było symbolu zbrodniczej organizacji. Kobiety zeznały, że oskarżony był wzburzony i wypowiadał zdanie: "Ukraińcy to mordercy i zbrodniarze" oraz "czego wy jeszcze uczycie w tej szkole".

Dzień ukraiński miał charakter kulturowo-edukacyjny. Nie chodziło o edukację na tematy historyczne, ale bardziej o promowanie tolerancji wobec wszystkich obcokrajowców. Robiliśmy też dzień niemiecki w ramach projektu "Tolerancyjny Europejczyk" - tłumaczyła jedna z nauczycielek.

W mowie końcowej adwokat oskarżonego zwrócił uwagę, że nie doszło do "nawoływania", ponieważ Madej nie miał takiego zamiaru.

Skoro nie było zamiaru, nie było nawet szansy na nawoływanie, gdyż na korytarzu była jedna nauczycielka z dzieckiem i córka oskarżonego, a w bibliotece dwie nauczycielki, zatem nie doszło do przestępstwa z art. 256 KK
- przekonywał adwokat Stanisław Zapotoczny. Dodał, że w wypowiedzi, iż "Ukraińcy mordowali Polaków" zawarta była ocena historii, do której każdy ma zagwarantowane prawo w konstytucji. To było stwierdzenie faktu. Wypowiedzi oskarżonego nie były nawoływaniem - podkreślił. Wniósł o uniewinnienie, a o to samo poprosił sam oskarżony.

"Wyrok jest absurdalny"

Madej zapowiedział złożenie apelacji do Sądu Okręgowego. Samego wyroku nie chcę komentować, ponieważ jest absurdalny. Podobnie jak jego uzasadnienie. Mój komentarz musiałby obrazić sędzię, dlatego nie zrobię tego. Na pewno jednak zachowałbym się tak samo, jak wtedy w szkole - oświadczył. 

(mn)