​Przed wakacjami nie uda się uruchomić drugiego punktu bazowania śmigłowców Marynarki Wojennej, które ratują ludzi na morzu. To kolejny sezon, gdy na całym Wybrzeżu bezpieczeństwa strzec będą jedynie śmigłowce stacjonujące w Darłowie. Trwają prace nad "alternatywnymi rozwiązaniami".

Zdj. ilustracyjne /Marcin Bielecki /PAP/EPA

Chodzi o punkt bazowania na Babich Dołach w Gdyni. Z powodu modernizacji śmigłowców, którymi dysponuje Brygada Lotnictwa Marynarki Wojennej, od października 2015 roku jest on nieczynny. Całego Wybrzeża, w trybie dyżurowym, strzeże tylko jeden śmigłowiec, stacjonujący w Darłowie.

W Morskiej Służbie Poszukiwania i Ratownictwa przyznają, że konkretny termin odtworzenia drugiego punktu bazowania nigdy nie padł. Mowa była jednak o tym, żeby punkt wrócił na najbliższe lato. W Brygadzie Lotnictwa Marynarki Wojennej, która współpracuje z SAR-em, wciąż nie wiedzą jednak, kiedy z zakładów w Świdniku wróci ostatnia z remontowanych obecnie maszyn. A załogi będą musiały przejść jeszcze szkolenie i loty techniczne na zmodernizowanym sprzęcie. Te trwają średnio około miesiąca.

Co ważne - nawet gdy maszyna wróci - nie będzie to koniec braków sprzętowych w Brygadzie Lotnictwa Marynarki Wojennej. Zgodnie z planem drugiego etapu modernizacji, do końca miesiąca powinniśmy przekazać do zakładów lotniczych kolejne dwa śmigłowce W-3. Jeżeli w tym czasie nie odbierzemy wyżej wspomnianej maszyny, to do dyspozycji BLMW, do dyżurów i do szkoleń będziemy mieli dwa śmigłowce Mi-14PŁ/R i cztery zmodernizowane W-3 -  przyznaje kmdr ppor. Czesław Cichy z Brygady Lotnictwa Marynarki Wojennej. Taka liczba maszyn nie wystarczy do obsługi dwóch punktów bazowania. W związku z tym pracujemy nad innymi, alternatywnymi rozwiązaniami - mówi Cichy. Według naszych informacji pod uwagę brane jest okresowe funkcjonowanie drugiego punktu. Na przykład przez 12 godzin na dobę.

W służbie SAR przyznają, że okres wakacji to czas, kiedy akcje poszukiwawcze lub ratownicze podejmowane są częściej niż w innych porach roku. Fakt, że do dyspozycji zostaje tylko jeden śmigłowiec, obniża bezpieczeństwo na morzu i nad morzem. Dotyczy to chociażby przyjeżdżających tłumnie nad Bałtyk amatorów windsurfingu i kitesurfingu. To się może zdarzyć, że mamy jednocześnie konieczność prowadzenia akcji na przykład na Zatoce Pomorskiej i Zatoce Gdańskiej. Śmigłowiec przydałby się i tu, i tu. Koordynator musi wtedy podjąć decyzje, czy wysyła tu, czy tam. To jest skomplikowane i bardzo trudne. Takie decydowanie, co jest ważniejsze. O ile na Zatoce Pomorskiej jeszcze mamy możliwość poderwania duńskiego czy niemieckiego śmigłowca do współdziałania, tak po drugiej stronie mamy już kłopot. Duńczycy tu nie przylecą, Niemcy nie przylecą, a koledzy z Kaliningradu nie bardzo mają co wysłać. Zostajemy więc z takimi dylematami. To nie jest komfortowa sytuacja w momencie planowania operacji - mówił nam w marcu tego roku Janusz Maziarz, dyrektor Morskiej Służby Poszukiwania i Ratownictwa.

(az)