Tusk skalkulował, że wyrzucenie Schetyny może za dużo kosztować PO w wyborach. Lepiej więc posklejać popękaną Platformę, niż godzić się na koalicję z SLD - pisze "Gazeta Wyborcza". "Premier z marszałkiem dogadali się. Sprawa zakończona" - pisała dziennikarka RMF FM Agnieszka Burzyńska.

Jesteśmy jak małżeństwo w separacji, a nawet po rozwodzie, ale mamy wspólne dziecko, którym musimy się zaopiekować - tak Donald Tusk zwrócił się wczoraj do zarządu własnej partii, patrząc jednocześnie na Grzegorza Schetynę. Potem nastąpiły apele o współdziałanie. I zrobiło się miło. czytaj więcej

Może jesteśmy w separacji, a może nawet po rozwodzie, ale odpowiedzialni rodzice umieją się porozumieć w sprawie opieki nad wspólnym dzieckiem. A naszym dzieckiem jest Platforma - tak premier Donald Tusk miał określić na ostatnim zarządzie PO swoje relacje z marszałkiem Sejmu Grzegorzem Schetyną.

W partii te słowa odebrano jako jasny sygnał do zakończenia sporów między grupami marszałka a wspierającą Tuska spółdzielnią ministra infrastruktury Cezarego Grabarczyka.

Premier robi pojednawcze gesty wobec Schetyny. Według rozmówców "GW", na zarządzie jasno dał do zrozumienia, że dalsze spory czy odejście kogokolwiek przed wyborami mogłoby drogo kosztować Platformę w wyborach. Nie było wątpliwości, że chodzi o Schetynę i m.in. konserwatystę Jarosława Gowina - zauważa dziennik.