​Sześć godzin trwało pierwsze posiedzenie sądu w rozpoczętym w czwartek procesie w sprawie Igora Stachowiaka, który dwa lata temu, po zatrzymaniu, zmarł w komisariacie przy ulicy Trzemeskiej we Wrocławiu. Przed sądem za przekroczenie uprawnień i znęcanie się nad mężczyzną odpowiadają czterej byli policjanci. Dziś na sali pojawił się tylko jeden z nich.

Przed Sądem Rejonowym dla Wrocławia-Śródmieścia rozpoczął się proces czterech byłych policjantów oskarżonych o przekroczenie uprawnień i znęcanie się nad osobą pozbawioną wolności w sprawie śmierci Igora Stachowiaka. /Aleksander Koźmiński /PAP

Sąd usłyszał dziś obszerne wyjaśnienia Łukasza R., który jako jedyny z czterech oskarżonych pojawił się na sali rozpraw. Nie przyznał się do zarzucanych mu czynów.

Mężczyzna z detalami opisał dzień interwencji. Przyznał, że jej zamiarem nie było doprowadzenie do tragedii. Wielokrotnie podkreślał, że Igor Stachowiak nie stosował się do poleceń i był agresywny.

Najpierw przed ponad dwie godziny opowiadał o wydarzeniach z 15 maja 2016 r., gdy zatrzymano Stachowiaka. Potem odczytano jego wyjaśnienia złożone w śledztwie. Oskarżony zdecydował się też odpowiadać na pytania sądu, prokuratora i swojego obrońcy. Nie chciał odpowiadać na pytania pełnomocnika oskarżyciela posiłkowego, którym jest rodzina zmarłego.

R.: Igor Stachowiak był agresywny

Z relacji oskarżonego wynikało, że Igor Stachowiak przez cały czas policyjnej interwencji - zarówno na wrocławskim Rynku, jak i już w komisariacie - był wobec funkcjonariuszy bardzo agresywny, wielokrotnie ich kopał, uderzał, szarpał. Miał odmawiać podporządkowania się poleceniom, dlatego m.in. już na Rynku policjanci próbowali użyć wobec niego paralizatora. Funkcjonariusze mieli ponoć problemy z obezwładnieniem zatrzymanego.

R. powiedział, że policjanci mieli informację, iż Stachowiak jest poszukiwany i miał przy sobie telefon komórkowy, który pochodził z kradzieży.

Gdy wieźliśmy mężczyznę na komisariat, to wyjątkowo we dwóch wsiedliśmy z nim do pojazdu, przytrzymując go za ręce, nogi i głowę, by nie zrobił sobie i nam krzywdy. Próbował nas kopać, uderzać, co mu się nawet udawało. Zwykle wystarcza, gdy jeden policjant jedzie z zatrzymanym - twierdził były policjant.

Jego zdaniem, agresja zatrzymanego na komisariacie wzrosła, "wręcz wpadł on w szał", gdy poinformowano go, że zostanie przeszukany. Wcześniej Stachowiak nie chciał się poddać badaniu na alkomacie, które ostatecznie wykonane pod przymusem nie wykazało zawartości alkoholu w organizmie - dodał oskarżony.

Przeszukania w toalecie

Łukasz R. powiedział, że przeszukania na komisariacie Stare Miasto we Wrocławiu zwykle odbywały się w toalecie, dlatego i w tym przypadku tam je przeprowadzano.

Oskarżony twierdził, że wobec wzrastającej agresji zatrzymanego, który demolował wyposażenie łazienki, postanowił użyć paralizatora, o czym dwu- lub trzykrotnie ostrzegł Stachowiaka.

Miałem świadomość i pewność, że paralizator to środek bezpieczny, który oprócz bodźca bólowego i tego, że na chwilę powoduje paraliż organizmu, nie spowoduje żadnych innych konsekwencji. Sam na szkoleniu z użycia byłem rażony i wiedziałem, jak to działa - powiedział Łukasz R.

Użyłem paralizatora w pewnym sensie w stanie wyższej konieczności, by opanować bardzo agresywne zachowanie zatrzymanego - dodał oskarżony. Mówił też, że wiedział, iż kamera rejestruje przebieg użycia paralizatora.

Według niego, Igor Stachowiak zaczął się po tym zachowywać spokojniej i podporządkowywać poleceniom. Podczas przeszukania w jego skarpecie policjanci mieli znaleźć "celofan z białym proszkiem, a w bieliźnie - dokładnie w majtkach - czarny telefon".

"W pewnym momencie przestał stawiać opór"

Oskarżony zeznał, że agresja zatrzymanego powróciła, gdy policjanci próbowali zakuć mu ręce w kajdanki z tyłu, bo dotąd miał je skute z przodu.

W pewnym momencie przestał stawiać opór. W pierwszej chwili pomyślałem, że się zmęczył albo postanowił podporządkować. Jednak zastanowiło nas dlaczego. Kolega Paweł P., który ma uprawnienia ratownika medycznego, sprawdził jego funkcje życiowe i stwierdził, że trzeba podjąć masaż serca - mówił Łukasz R.

Na komisariat wezwano pogotowie ratunkowe, które przejęło reanimację Stachowiaka. Po jakimś czasie lekarz stwierdził jego zgon.

Chcę powiedzieć nie jako policjant, ale jako człowiek, że jest mi niezmiernie przykro, że tak to się skończyło, że umarł młody człowiek. Nie takie były nasze zamiary, by taki był finał - powiedział R.

Zeznania ojca Igora

Zeznania złożył także ojciec Igora. Sąd nie wyraził jednak zgody na relacjonowanie ich treści. Zeznania były krótkie. Po ich zakończeniu sąd odczytał wcześniejsze, obszerniejsze zeznania ojca Igora Stachowiaka.

Kolejne, dwie rozprawy sąd zaplanował w przyszłym tygodniu.

Igor Stachowiak zmarł w 2016 roku

Igor Stachowiak zmarł w maju 2016 r. po zatrzymaniu i przewiezieniu na komisariat policji Wrocław Stare Miasto. Według opinii lekarza, przyczyną śmierci była ostra niewydolność krążeniowo-oddechowa.

Śledztwo dotyczące przekroczenia uprawień przez funkcjonariuszy policji i nieumyślnego spowodowania śmierci Igora Stachowiaka wszczęła Prokuratura Rejonowa dla Wrocławia Starego Miasta. Decyzją Prokuratury Krajowej postępowanie zostało jednak przekazane Prokuraturze Okręgowej w Poznaniu.

20 marca do Sądu Rejonowego dla Wrocławia Śródmieścia skierowano akt oskarżenia przeciwko czterem byłym policjantom, którzy w dniu śmierci Stachowiaka pełnili służbę w Komisariacie Policji Wrocław Stare Miasto. Zostali oskarżeni o przekroczenie uprawnień i znęcanie się nad osobą pozbawioną wolności; prokuratura stwierdziła jednak, że "wyczerpująco zebrany w toku śledztwa materiał dowodowy nie daje podstaw do skierowania aktu oskarżenia w zakresie nieumyślnego spowodowania śmierci Igora S."

Świadkowie, biegli, zabezpieczona dokumentacja

W toku śledztwa przesłuchano kilkudziesięciu świadków, powołano biegłych lekarzy medycyny sądowej, biegłych z zakresu fonoskopii, biologii, toksykologii, genetyki, informatyki, daktyloskopii oraz z dziedziny taktyki i techniki interwencji. Zabezpieczono także dokumenty oraz nagrania z monitoringu, paralizatora i telefonów komórkowych. Na potrzeby śledztwa przeprowadzono również eksperyment procesowy.

Po śmierci Stachowiaka pod komisariatem przez kilka dni trwały zamieszki. Mieszkańcy protestowali, sugerując, że policjanci doprowadzili do śmierci zatrzymanego. W tej sprawie o spowodowanie zamieszek i naruszenie nietykalności policjantów oskarżono i skazano kilkadziesiąt osób.

W maju 2017 r. po ujawnieniu przez media nagrania z kamery paralizatora, którego funkcjonariusze użyli wobec Stachowiaka na komisariacie, minister spraw wewnętrznych i administracji Mariusz Błaszczak odwołał komendanta wojewódzkiego policji we Wrocławiu. Stanowiska stracili też komendant miejski i zastępca komendanta komisariatu Stare Miasto.

(ł)