Słowa lokalnych władz i mieszkańców Dolnego Śląska przeciwko słowom MSWiA – rzecznik resortu twierdzi, że w regionie wcale nie ma powodzi, a jedynie lokalne podtopienia. Dolnośląscy urzędnicy odpowiadają: zniszczonych są tysiące domów, setki mostów i ulic; to jest powódź.

Dlaczego nikt z rządowych urzędników nie przyjechał do tej pory na zalane tereny, by na właśnie oczy zobaczyć ogrom strat - pytają rozgoryczeni mieszkańcy Kotliny Kłodzkiej poszkodowani przez wielką wodę.

Na Dolnym Śląsku pada z przerwami, dzięki czemu maleje zagrożenie powodziowe. Najszybciej opada woda w górskich potokach; poprawia się też sytuacja na większych rzekach - Nysa Kłodzka w ciągu ostatnich 6 godzin opadła o 150 cm. czytaj więcej

Niech przyjedzie tu minister, taki mądry co Polską potrafi zarządzać, i zobaczy, jak wygląda życie. Niech tu sobie pomieszka rok, dwa. Niedługo zjedzą nas muchy, karaluchy i komary. Nie dość, że człowiek nie ma pracy, to jeszcze – o, żyj, inwestuj - mówi ojciec dwójki dzieci, mieszkaniec całkowicie zalanej w nocy Ścinawki w Kotlinie Kłodzkiej. Mężczyzna utracił cały dobytek w powodzi i mieszka w poniemieckiej ruderze:

Niestety, nikt o nas nie pamięta – skarżą się reporterowi RMF FM. Zawsze wszystko robi się samemu, bo nikt nie chce nam pomóc - mówi mieszkaniec siedmiotysięcznego Radkowa, które już po raz drugi w tym roku zmaga się ze skutkami powodzi.

Przyda się każda para rąk – może strażacy, może wojsko. A ponadto środki czystości i czysta woda – wyliczają. Paradoksalnie woda, bo ta w studniach znajdujących się na terenach zalanych nie nadaje się do picia. Co więcej, jest tak zamulona, że nawet nie można jej wykorzystać do sprzątania. W Ścinawie – jak sprawdził nas reporter – nie ma nawet beczkowozów. Jak więc radzą sobie powodzianie?

Fala powodziowa na Dolnym Śląsku powoli opada, ukazując jednak ogrom zniszczeń. Podtopione domy, zalane pola uprawne, ogródki. Mieliśmy takie piękne zboża. A teraz? Zrównane z ziemią, będzie tam jedynie piach, żwir, nie wiadomo co - żalą się mieszkańcy Paczkowa na granicy Dolnego Śląska i Opolszczyzny. Tu cały bok budynku został wyrywany. Zalany sklep, domy. Tu wody było na wysokość okna – opisują.

MSWiA: To nie powódź, tylko podtopienia

Ale ta sytuacja zupełnie inaczej wygląda z perspektywy Warszawy. Przez całe przedpołudnie usiłowaliśmy się skontaktować z przedstawicielami rządu, a zwłaszcza Ludwikiem Dornem, który w czasie nieobecności premiera zastępuje go w stolicy. Lech i Jarosław Kaczyńscy odpoczywa na urlopie w nadmorskiej Juracie.

Wicepremier Ludwik Dorn nie widzi jednak powodu, by wypowiadać się na ten temat. Rozmawialiśmy w końcu z rzecznikiem MSWiA. Wg niego na Dolnym Śląsku sytuacja wcale nie jest zła. Po pierwsze to nie powódź, a podtopienia; zaś poszkodowani przesadzają z tymi prośbami o pomoc.

Ja rozumiem psychologiczny odbiór obecności wojska. Być może poszkodowany czułby się bezpieczniej, gdyby pomocy udzielało im wojsko. Ale nie ma takiej potrzeby, straż pożarna jest odpowiednio wyposażona i odpowiednio liczna. Może więc wystarczy skierować do pomocy wystarczająco liczbę strażaków - powiedział Tomasz Skłodowski w rozmowie z RMF FM.

Problem w tym, że na miejscu – jak sprawdził Witold Odrobina – strażaków nie widać…

Dolnośląskie władze: Dla Warszawy to zawsze będzie lokalny problem

Na argumenty resortu spraw wewnętrznych dolnośląscy urzędnicy reagują śmiechem. Członkowie sztabów kryzysowych radzą pracownikom ministerstwa zajrzeć do ustawy o klęskach żywiołowych. Ich zdaniem, zapisy ustawy jasno wskazują, że na Dolnym Śląsku mamy do czynienia z prawdziwą powodzią. Zniszczone są tysiące domów, setki dróg i mostów. A opadająca woda wciąż pokazuje rosnącą skalę zniszczeń.