Pierwsze zgłoszenie pod numer 112 o godzinie 18.30. Potem jeszcze kilka kolejnych pod ten sam numer i, według świadków, dużo więcej na 999. Wszystkie połączenia w tej samej sprawie - mężczyzny, który zasłabł na przystanku w centrum Poznania na ulicy Garbary. Karetka pojawiła się jednak dopiero po ponad dwóch godzinach. Dlaczego? Na wyjaśnienia czeka wielkopolski wojewoda, który zażądał informacji od kierownictwa poznańskiego pogotowia.

Kluczowe są informacje dotyczące szerszego spektrum tej sprawy - mówi rzecznik wojewody Tomasz Stube.

Czy dyspozytor pogotowia dysponował karetką, która mógł wysłać do tego przypadku? Ile było zgłoszeń w tym czasie? Dlaczego decyzję o wysłaniu ekipy ratowników podjął tak późno? - wylicza.

Wcześniej służby wojewody sprawdziły, że nie było błędu w centrali numeru 112, gdzie pracują koordynatorzy wszystkich służb ratunkowych decydujący, dokąd powinno trafić konkretne zgłoszenie.

Wszystkie połączenia dotyczące sytuacji przy Garbarach zostały zgodnie z procedurami przekazane na pogotowie.

Wymagający pomocy mężczyzna nie dzwonił po ratunek sam. Połączenia wykonywali kolejni świadkowie zdarzenia. Mężczyzna tracił przytomność, miał napady drgawek. Do czasu pojawienia się ratowników pomagali mu m.in. strażnicy miejscy, czy znajdujący się w pobliżu przeszkolony ratownik. Nikt nie spodziewał się, że przyjdzie im czekać na profesjonalną pomoc tak długo. Stąd obecne działania urzędu wojewódzkiego. Przy czym Tomasz Stube zastrzega, że za wcześnie na ocenianie, czy popełniono błędy. Najpierw trzeba zebrać wszystkie dane.

Pogotowie w ciągu kilku dni powinno przedstawić wyniki wewnętrznych ustaleń.

Mężczyzna zasłabł. Karetka przyjechała po dwóch godzinach /TVN24/x-news

(j.)