"Tylu ludzi było w zagrożeniu metanowym. Co oni tam robili?" - pyta Franciszek Jankowski, ojciec górnika poszukiwanego od wczoraj w kopani Mysłowice- Wesoła. "Pracowałem kiedyś na kopalni i wiem, jak zmuszano ludzi do fedrunku. Gdzie były czujniki do metanu?" - dodaje.

Jestem tu od wczoraj. Razem z żoną więcej wiemy z mediów niż od dyrekcji kopalni. Nie mam już nadziei. On był kombajnistą. Mógł być w punkcie największego zagrożenia. Sam pracowałem na kopalni 28 lat. Doświadczenie mam i wiem co się tu działo. Teraz jestem 20 lat na emeryturze. Najlepszy pracownik na kopalni i zostanie tam na dole - mówi ojciec zaginionego górnika. Czekamy i zobaczymy jeszcze co będzie dalej. Oni twierdzą, że szukają. Chyba igły w stogu siana - podkreśla.

Dzień wcześniej mówili, że duże jest stężenie metanu - mówi ojciec zaginionego górnika

Po takim wybuchu nie ma tlenu. Człowiek umiera - mówi były górnik i ojciec zaginionego pracownika kopalni

Tylu górników, na powierzchni i w szpitalach. A jeden gdzieś się zawieruszył. Wczoraj nam powiedzieli, że znaleźli czujnik w lampie. A teraz się okazuje, że nie ma żadnego czujnika. Nie ma żadnego sygnału - dodaje Franciszek Jankowski.  

Oskarża również władze kopalni o to, że wiedziały o zagrożeniu metanem i nic nie zrobiły.

Kolega dzwonił do mojego syna wcześniej i mówił, że dzień wcześniej ludzie wiedzieli, że jest stężenie metanu, że nie powinni pracować. Ale wiadomo jak to jest. Nie pójdziesz, gdzie cię poślą to tu jest brama i za bramę - mówi były górnik.