Dokładnie 10 lat temu przez szlak Wielkich Jezior Mazurskich przeszedł tak zwany "Biały szkwał". W rzeczywistości była to silna burza z opadami deszczu i gradu. W żywiole życie straciło dwanaście osób.

Ratownicy WOPR wyciągają zatopiony jacht na jeziorze Niegocin, zdj. z 22.08.2007 /Paweł Supernak /PAP

21 sierpnia 2007 roku to data, która tragicznie zapisała się w historii polskiego żeglarstwa. Potocznie mówi się, że na Mazurach pojawił się tak zwany "Biały szkwał". To jednak bardziej medialne określenie, niż prawidłowa definicja tego, co się wtedy wydarzyło. Nad Szlakiem Wielkich Jezior Mazurskich pojawiła się gwałtowna, wielokomórkowa burza, która przyniosła silne opady deszczu i gradu. Wiatr wiał z prędkością 12 stopni w skali Beauforta. Wywróciło się ponad czterdzieści jachtów. Dwanaście osób zginęło.

Po tych tragicznych wydarzeniach głośniej zaczęło się mówić o poprawie bezpieczeństwa na wodach. Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej w Warszawie od 2008 roku prowadził prace nad stworzeniem pierwszego w Polsce systemu ostrzegania dla żeglarzy. Oficjalnie został on uruchomiony w lipcu 2011 roku. Na brzegach jezior stanęło 17 masztów ostrzegawczych, które pulsującym światłem informują o niepogodzie i niebezpieczeństwie. Według żeglarzy system ten jest potrzebny, ale trzeba też samemu oceniać pogodę. Zdarza się, że system działa przy ładnej pogodzie, kiedy warunki są dobre. Najlepiej więc nie polegać na nim na 100 procent, a samemu też sprawdzać prognozy i radary burzowe - powiedział naszemu reporterowi pan Daniel, żeglarz z Giżycka.

Maszty ostrzegawcze wysyłają pulsujące znaki świetlne. Ważna jest ich częstotliwość. Sygnał 40 błysków na minutę oznacza: uwaga, spodziewane burze i wiatr bez wskazania dokładnego czasu i miejsca załamania pogody. Natomiast 90 błysków na minutę oznacza bezpośrednie niebezpieczeństwo, czyli alarm, występowanie burzy oraz silnego wiatru. Co jeszcze zmieniło się od tragicznego 2007 roku? Ratownicy wskazują, że samo podejście żeglarzy do kwestii bezpieczeństwa na wodzie jest inne. Żeglarze zrozumieli, że woda to żywioł i trzeba mieć do niej szacunek. Na pewno więcej osób teraz korzysta ze sprzętu ratowniczego, więcej osób sprawdza pogodę, serwisy informacyjne. 10 lat pokazało, że wypoczywamy bezpieczniej - mówi Sławomir Gicewicz, szef olsztyńskiego Wodnego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego.

Co robić, w przypadku, gdy będąc na jeziorze zaskoczy nas pogoda? Jak najszybciej spływamy do brzegu, gdzie możemy bezpiecznie zacumować. Jeżeli wieje silny wiatr refujemy się albo zrzucamy żagle i płyniemy na silniku. Trzeba oczy mieć dookoła głowy i przede wszystkim mieć sprzęt ratunkowy pod ręką, a najlepiej na sobie. Niestety zdarza się jeszcze, że trzymamy go gdzieś schowany w bakistach, czy pod pokładem. W czasie złej pogody trzeba też być na pokładzie, bo w przypadku wywrotki łatwiej dotrze do nas pomoc. W środku możemy zostać uwięzieni pod wodą - mówi Gicewicz.

(mpw)