Europoseł Janusz Korwin-Mikke zapowiedział, że nie będzie kwestionował wyroku warszawskiego sądu okręgowego, na mocy którego jest prawomocnie skazany na 20 tys. grzywny za spoliczkowanie innego europosła Michała Boniego (PO). Dodał, że zapłaci grzywnę. Jednocześnie przyznał, że czuje się "trochę pokrzywdzony tym wyrokiem, bo w efekcie to nie on ma satysfakcję moralną tylko Boni”.

Janusz Korwin-Mikke /Wiktor Dabkowski /PAP

Korwin-Mikke w rozmowie z dziennikarzami przyznał, że liczył na uniewinnienie.Powtórzył to, co mówił podczas rozprawy apelacyjnej - że jego działanie było aktem dyshonorującym i odpowiedzią, na to, że europoseł nie przeprosił go za swoją wcześniejszą medialną wypowiedź.

Polska potrzebuje, tak samo jak Ameryka potrzebuje, odrobiny sprawiedliwości wymierzanej na miejscu, bez zawracania głowy sądami - tłumaczył Korwin-Mikke.

Tego typu rzeczy jak policzkowanie, które są czynnością honorową raczej, a nie karną, nie powinny być w ogóle przedmiotem zainteresowania sądów karnych - ocenił. Wyraził też nadzieję, że Boni - zgodnie z zasadami kodeksu honorowego - "nie będzie przyjmowany w dobrych domach".

Wyrokiem usatysfakcjonowani są pełnomocnicy Michała Boniego. Mec. Piotr Schramm podkreślił, że sąd w pełni podzielił ich argumentację. Dodał, że gdyby sąd przyjął, że nie jest przestępstwem podejście i uderzenie drugiej osoby, tłumaczone jako akt honorowy - to byłoby to przyzwolenie na samosądy. Jak zauważył, sąd jednoznacznie wskazał, że niezależnie od tego, kim się jest i jaką się pełni funkcję, nie można naruszać niczyjej nietykalności cielesnej.

Korwin-Mikke spoliczkował Boniego podczas zorganizowanego przez MSZ spotkania polskich europosłów. Wyjaśniał potem wielokrotnie, że spoliczkował Boniego, bo tak mu obiecał.

Kiedy w czasie debaty w sprawie uchwały lustracyjnej (w 1992 r.) Boni wypierał się, że był agentem SB i wyzywał mnie od idiotów, dałem mu słowo i go dotrzymałem. Przyznał się potem, że był agentem, od początku miałem rację - podkreślał. Dodał, że Boni nie przeprosił go za swoje słowa, dlatego zdecydował się na odwołanie do "aktu dyshonorującego".

(MN)