Nie gwałt zbiorowy, a "incydent przemocowy o podłożu seksualnym". Tak wydarzenia na oddziale leczenia nerwic u młodzieży komentuje dyrektor szpitala w Garwolinie. Jak mówi, prokuratura musi powołać biegłych i ustalić, co dokładnie wydarzyło się w szpitalnej sali między kilkoma dziewczętami w wieku 15-17 lat. Prokuratura wstępnie przyjęła, że mogło dojść do gwałtu, ale na razie nikomu nie postawiła zarzutów.

W szpitalu w Garwolinie doszło do zbiorowego gwałtu wśród pacjentek placówki. Jak się dowiedział reporter RMF FM Mariusz Piekarski, sprawa dotyczy osób nieletnich, pacjentek oddziału nerwic młodzieżowych. Sprawą już zajmuje się prokuratura. czytaj więcej

Jak ustalił reporter RMF FM Mariusz Piekarski, pacjentek pilnowali lekarz psychiatra i dwie doświadczone pielęgniarki. Dyrektor szpitala Jolanta Zaklika przekonuje, że w nocy - bo wtedy właśnie doszło do incydentów - to wystarczający personel na 30-osobowym oddziale: nie prowadzi się wtedy zajęć, więc nie ma powodu, by na miejscu byli wtedy terapeuci i inni lekarze.

Zaklika jest przekonana, że personel w tej sytuacji nie zawinił. Analizowaliśmy to po wielokroć: personel szpitala nie zaniedbał niczego, co jest przyjęte w standardzie naszej pracy w zakresie opieki nad pacjentami - podkreśliła w rozmowie z Mariuszem Piekarskim.

Przekonywała również, że "gwałt zbiorowy" to przesadzone sformułowanie - na oddziale nie było słychać żadnych odgłosów walki, obrony, wołania o pomoc. To raczej - jak mówiła dyrektor - incydenty seksualne spowodowane ciekawością zagubionej i trudnej młodzieży, która trafia na ten oddział.

Był to incydent o charakterze przemocowym związany z naruszeniem nietykalności cielesnej. Ale wkraczamy tutaj w sferę, o której też jest mi trudno mówić. To są jeszcze dzieciaki, których działanie jest czasami nie do końca przemyślane - powiedziała Jolanta Zaklika naszemu reporterowi.

Co do tej przemocy w jakiejś istotnej mierze nie mamy pewności, bo w trakcie tego zdarzenia na oddziale nie było (słychać) żadnych głosów, które by wskazywały na to, że w tej sali coś się dzieje - zaznaczyła. Gwałt wiąże się najczęściej z tym, że ofiara, broniąc się, próbuje jakoś zawiadomić otoczenie, że dzieje się krzywda. Tutaj nie było takiej sytuacji - dodała.

Jak podkreśliła, sprawa wyszła na jaw w czasie rutynowej kontroli - personel co pół godziny zagląda do szpitalnych sal, by sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Tak było i w tym przypadku: pracownica oddziału weszła do pokoju i odkryła zmieszanie dziewcząt. Później w czasie rozmów pracownicy szpitala doszli do wniosku, że mogło dojść do zachowań nieprawidłowych. Dlatego zawiadomili rodziców i prokuraturę.

(edbie)