Katastrofa to zbieg niezawinionych okoliczności z błędami trudnymi do wytłumaczenia. Do wypadku przyczyniła się więc nie tylko pogoda; pogarszające się warunki atmosferyczne podczas lądowania, ale i szereg błędów wielu osób.

Mieszkańcy Mirosławca oglądali konferencję prasową Ministra Obrony Narodowej oraz komisji badającej przyczyny wypadku w tamtejszym Domu Kultury. Byli wstrząśnięci liczbą błędów.

Po pierwsze, drugi pilot kierujący feralnym lotem nie był wyszkolony na Casie, a dowódca nie miał odpowiedniego doświadczenia. Podobnie zresztą, jak człowiek, który prowadził Casę z wieży kontroli lotów. Okazuje się, że był on dobrze obeznany jedynie w sprowadzeniu odrzutowców SU-22. Co więcej, załoga porozumiewała się z nim, stosując różne jednostki miar dla określania pozycji.

Błędy popełniła także sama załoga Casy. Nie obserwowano np. wskazań przyrządów, a piloci – wbrew procedurom – lądowali, wypatrując z samolotu świateł lotniska.

Ponadto samolot nie był w pełni wyposażony, a w Mirosławcu nie działał elektroniczny system lądowania ILS.

Podpułkownik rezerwy pilot Emil Kweclich Prezes Stoarzyszenia Miłośników Lotnictwa w Mirosławcu, który w powietrzu spędził blisko 4 tysiące godzin w wojskowych samolotach podkreśla, że młodzi piloci są zbyt słabo wyszkoleni. Dodaje, że jest zaskoczony liczbą błędów.

CASA C-295 M rozbiła się 23 stycznia o godz. 19.07 w czasie podchodzenia do lądowania w 12. Bazie Lotniczej w Mirosławcu. Maszyna spadła na zalesiony teren poza jednostką, ok. 800 metrów od pasa startowego.

Na jej pokładzie znajdowało się 16 wysokiej rangi oficerów Sił Powietrznych i 4 członków załogi. Wszyscy zginęli na miejscu.