Brytyjski parlament zatwierdził plan rozbudowy londyńskiego lotniska Heathrow o trzeci pas startowy. Media odnotowały, że na poniedziałkowym głosowaniu zabrakło szefa MSZ Borisa Johnsona, który wielokrotnie zapowiadał sprzeciw wobec tego projektu.

/NEIL HALL /PAP/EPA

Po latach konsultacji i planowania brytyjski rząd zarekomendował parlamentowi inwestycję na Heathrow zamiast budowy drugiego pasa startowego na południowolondyńskim lotnisku Gatwick. Głosowanie parlamentu w tej sprawie, które odbyło się w poniedziałek późnym wieczorem, zakończyło się jednoznacznym zwycięstwem gabinetu Theresy May, którego propozycję poparło 415 posłów przy 119 głosach sprzeciwu.

Rozbudowa Heathrow ma kosztować ok. 14 mld funtów oraz pozwolić na zwiększenie liczby odprawianych lotów z 480 tys. do nawet 740 tys. rocznie i obsługę 130 mln pasażerów rocznie.

Sprzeciw wobec tych planów zapowiedział już burmistrz Londynu Sadiq Khan oraz cztery samorządy sąsiadujące z portem lotniczym - w tym dwa kontrolowane przez rządzącą w kraju Partię Konserwatywną - które sprzeciwiają się inwestycji ze względu na ryzyko zwiększonego hałasu, zanieczyszczenia środowiska i konieczności zburzenia ponad 800 domów. Krótko przed poniedziałkowym głosowaniem grupa 12 osób w proteście przeciw głosowaniu położyła się w holu brytyjskiego parlamentu.

Media zwracają uwagę, że w głosowaniu nie wziął udziału minister spraw zagranicznych Boris Johnson, który rozbudowie Heathrow sprzeciwiał się jeszcze jako burmistrz Londynu (2008-2016).

Brytyjskie dzienniki zauważają, że szef dyplomacji niespodziewanie udał się w poniedziałek w pilną podróż do Afganistanu, dzięki czemu nie musiał brać udziału w posiedzeniu Izby Gmin. Zgodnie z obowiązującą w tym głosowaniu dyscypliną partyjną Johnson musiałby zrezygnować ze stanowiska w rządzie, gdyby chciał zagłosować przeciwko przedstawionej propozycji. Kilka dni temu z tego powodu ze stanowiska ustąpił poseł z zachodniego Londynu i wiceminister handlu międzynarodowego Greg Hands.

"The Times" zauważa, że zaledwie trzy tygodnie przed poniedziałkową wizytą w Afganistanie szef MSZ spotkał się w Londynie z premierem tego kraju Abdullahem Abdullahem, co stawia pod znakiem zapytania konieczność ponownej rozmowy w tak krótkim czasie. Komentator "The Times" ocenił, że "uciekając do Afganistanu w dniu głosowania w sprawie Heathrow, szef MSZ obraził wszystkich, nawet swoich gospodarzy", tj. władze Afganistanu.

Sam Johnson argumentował w opublikowanym przez "Evening Standard" liście do lokalnych polityków Partii Konserwatywnej w swoim zachodniolondyńskim okręgu wyborczym Uxbridge, który znajduje się na trasie zniżania samolotów na Heathrow, że "jego rezygnacja do niczego by nie doprowadziła". Oceniał przy tym, że będzie mógł skuteczniej przekonywać do zmiany decyzji w sprawie trzeciego pasa, pozostając w rządzie. Przeciwnicy Johnsona wskazują jednak, że wielokrotnie obiecywał on głosowanie przeciwko rozbudowie, a nawet deklarował, że położy się przed buldożerami, by powstrzymać inwestycję.

W komentarzu redakcyjnym "Times" skrytykował również decyzję posłów w sprawie rozbudowy lotniska, podkreślając, że parlament pogorszył sytuację, "do jednej katastrofalnej decyzji dotyczącej planowania dodając drugą". W ocenie gazety rozbudowa Heathrow "oznacza utratę wyjątkowej okazji na przywrócenie równowagi w wydatkach na krytycznie ważną infrastrukturę na korzyść regionu Midlands i północnej części kraju".

Konserwatywny "Daily Telegraph" zwrócił uwagę na wypowiedź Johnsona z poniedziałku, w której ocenił on, że "upłynie dużo czasu", zanim rozpocznie się rozbudowa Heathrow, "jeśli w ogóle trzeci pas kiedykolwiek powstanie". Dziennik przywołał także wypowiedź byłej minister sprawiedliwości i posłanki Partii Konserwatywnej Justine Greening, która podczas poniedziałkowej debaty kpiła, że "nie chciałaby, by którykolwiek z posłów, którzy przez lata sprzeciwiali się rozbudowie Heathrow, stracił teraz szansę na reprezentowanie swojej społeczności".

(j.)