"W naszym kraju praktycznie nie ma żadnej infrastruktury, żeby to trenować. Jest oczywiście kadra narodowa, która trenuje i ma aspiracje, ale mam wrażenie, że to ciągle za mało" - mówi Michał Ligocki, trzykrotny olimpijczyk, który wspólnie z bratem Mateuszem i kuzynką Pauliną tworzył nieformalny "Klan Ligockich". Troje snowboardzistów startowało w Pucharach Świata i na igrzyskach w takich konkurencjach jak half-pipe czy snowboardcross. Później nie mieliśmy już przedstawicieli w tych konkurencjach. Czy Polacy wrócą do międzynarodowej rywalizacji? Kto był największą freestylową gwiazdą włoskich igrzysk? O tym i nie tylko o tym Ligocki opowiedział Patrykowi Serwańskiemu z redakcji sportowej RMF FM.
- Po więcej aktualnych informacji sportowych zapraszamy na stronę główną rmf24.pl.
Podczas igrzysk w konkurencjach freestylowych można zdobyć w narciarstwie i snowboardzie kilkanaście kompletów medali. W niektórych konkurencjach Polacy nigdy nie startowali. W innych mieliśmy w przeszłości swoich przedstawicieli.
We Włoszech ich jednak zabrakło. W stosunkowo nowych konkurencjach jak half-pipe, slopestyle i big air Polacy startowali jeszcze w Soczi w 2014 roku. W światowej czołówce był "Klan Ligockich" To bracia: Michał i Mateusz oraz ich kuzynka Paulina. Po nich staliśmy się de facto sportową pustynią.
Twoja przeglądarka nie obsługuje standardu HTML5 dla audio
Powody? Zdaniem naszego rozmówcy dość proste do zdiagnozowania. W naszym kraju praktycznie nie ma żadnej infrastruktury, żeby to trenować. Jest oczywiście kadra narodowa, która trenuje i ma aspiracje, ale mam wrażenie, że to ciągle za mało. Potrzebujemy wsparcia odgórnego, dobrej infrastruktury, żeby szerokie grono dzieci i młodzieży zachęcić do tego sportu. Bez tego ciężko będzie nam znaleźć przyszłych olimpijczyków - opowiada RMF FM Michał Ligocki.
Gdy my właściwie stoimy w miejscu, świat idzie do przodu, a sportowcy gwarantują emocje i widowisko na najwyższym poziomie. Tak było we freestylowych konkurencjach podczas zimowych igrzysk.
Według mnie sportowo to było niesamowite widowisko. Męski snowbordowy half-pipe to w ogóle był olimpijski numer jeden. Poziom, jaki pokazali zawodnicy, był kosmiczny, niespotykany. I to jest fajne w tym freestylowym snowboardzie: nawet jeśli oglądasz je co cztery lata na igrzyskach, to widzisz, że to ta sama konkurencja, ale zawodnicy pokazują coś zupełnie innego. Te sporty cały czas się rozwijają. Nie widać sufitu. Tego, gdzie jest limit tricków, ewolucji, wysokości ich wykonywania - opisuje.
Czy mamy szansę, by nadrobić stracony czas i wrócić do rywalizacji z najlepszymi? Braki infrastrukturalne oznaczają, że potrzeba na to dużo czasu.
Na pewno jest to do zrobienia. Na pewno od naszych czasów ten sport nam mocno uciekł, ale czemu nie dogonić czołówki? Spójrzmy na Czechów. Oni mają naprawdę mocną reprezentację we freestylowym snowboardzie i snowboardcrossie. I to nie jest jakieś rocket science. Żeby przygotować tor do snowboardcrossu to 600-800 metrów stoku. Jeden, dwa dni pracy ratraka, żeby uformować tor. Trochę band, kilka skoczni i już naprawdę można zacząć się z tą konkurencją zapoznawać. Później można dopiero szukać większych torów w większych górach. Half-pipe, snowpark. To jest wszystko do zrobienia. Kwestia nakładu finansowego i dogadanie się ministerstwa sportu z ośrodkami narciarskimi. Jeśli poprawimy infrastrukturę to w perspektywie 8-12 lat moglibyśmy na kogoś liczyć - analizuje Ligocki.
Gdy Klan Ligockich startował w zawodach, przed największymi imprezami pojawiały się głosy, że to nasza szansa na medalową niespodziankę. Troje sportowców trzymało w pewnym sensie nasz freestylowy snowboard na swoich barkach. Jak to wspomina nasz rozmówca?
Byliśmy trochę osamotnieni. Fajnie jakby towarzyszyło nam jeszcze wtedy kilka osób. Takie wspólne napędzanie się mogłoby pomóc. Robiliśmy sporty indywidualne i dziwiły mnie głosy dziennikarzy, którzy mówili, że skoro jedzie nas aż troje to mamy medalowe szanse. Na igrzyskach się nie udało, ale każde z nas wygrało zawody Pucharu Świata. Paulina do tego zdobyła dwa medale mistrzostw świata. To jest mega poziom. Trochę mi szkoda. Zrobiliśmy jednak sukces, ale nic za tym nie poszło - mówi Ligocki.
Sam też zwraca uwagę na kilku zawodników, którzy starają się rozwijać swoje umiejętności - być może będą w stanie pojechać na Igrzyska Olimpijskie za cztery lata. Jednak jeśli chcemy systemowych zmian to na efekty poczekamy zdecydowanie dłużej.