Do baru na warszawskim Mokotowie weszła zapłakana kobieta. Powiedziała, że jest głodna, że nie jadła od trzech dni. Dostała obiad. To było niespełna miesiąc temu. I tak wszystko się zaczęło.

REKLAMA

Grzegorz Jędrzejczak, właściciel "Baru do syta", zadziałał błyskawicznie. Napisał na Twitterze o możliwości zawieszania obiadów dla potrzebujących. Podał firmowy numer konta bankowego, uruchomił blik i pieniądze zaczęły spływać. Zawieszony obiad - 22 złote - od razu jest nabijany na paragon. Kiedy ktoś po taki obiad przyjdzie, na paragonie jest zapisywana data, a paragon trafia do koperty.

"Pan nie płacze, pan wchodzi, siada panie Jarku"

Dziś w "Barze do syta" na pierwsze jest zupa jarzynowa, na drugie danie: gulasz serduszek z pieczarkami, podawany z ziemniakami z koperkiem i gotowaną marchewką. Posiłek codziennie jest inny. Tuż po dwunastej pojawia się pierwsza osoba.

Pani Halinka kupowała kaszankę na plasterki do kanapek, przyprowadziły ją do mnie panie ze sklepu mięsnego - opowiada reporterce RMF FM Grzegorz Jędrzejczak, właściciel baru. Pani Halinka to moja miłość i ona musi wszystko mieć. Więc jeśli pani Halinka potrzebuje pomidora, pomarańczę, bułkę czy chleb, to idziemy jej to kupić. Jeśli potrzebuje proszku do prania, idziemy po proszek do prania. Tak samo mamy tutaj panią babcię z wnuczką Klarą. Klara jest ośmioletnią sierotą. Umarła jej mama. Tętniak, w trakcie snu. Została z babcią. Babcia jest po operacji. Babcia ledwo zipie, bo chce dożyć komunii wnuczki. Jestem przekonany, że dożyje do tej komunii - dodaje pan Grzegorz.

Właściciel baru nie działa sam. Wspiera go twitterowa społeczność. I właśnie pan Wojtek, kolega z TT, wysłał pieniądze na zakup książek i pomocy szkolnych dla Klary. Pomoc działa natychmiast.

Od zeszłej soboty mamy pana Jarka - mówi Grzegorz Jędrzejczak. To czterdziestolatek, który po gruźlicy wyszedł ze szpitala. On ledwo tu do nas dochodzi, bo on praktycznie nie ma płuc. Na lekarstwa, które przy sobie nosi, nasz stolik jest za mały. Przychodzi codziennie, bo mu kazałem, bo on się bardzo wstydził. Płakał. A ja mu mówię: "Pan nie płacze, pan wchodzi, siada panie Jarku". Dostaje ode mnie wszystko, czego potrzebuje, sztućce, serwetki. Powiedziałem, że jeśli nie będzie miał kolacji, to przychodzi do baru, jesteśmy do dziewiętnastej, i dostaje kolację - puentuje.

Dla potrzebujących skorzystanie z zawieszonego obiadu nie jest proste.

Monikę, jedną z naszych podopiecznych, za rękę tu przyprowadziliśmy z bazarku, bo się wstydziła przyjść - tłumaczy pan Grzegorz. Jak mówi "te panie potrafią sobie zrobić włosy, ubrać się, bo one nie chcą wyglądać na biedne".

Kolejny podopieczny ma wyciętą nerkę, tarczycę i węzły chłonne - po nowotworze. Jeszcze nie doszedł do siebie, stracił pracę. Później skończył mu się zasiłek dla bezrobotnych, więc od miasta dostał zapomogę: 388 złotych miesięcznie. Mieszka z mamą, żyje z tej zapomogi i z emerytury matki. Dostaje dwa obiady: dla mamy i dla siebie.

Jest jeszcze pan Jurek, który ma niecałych 800 zł zapomogi od miasta, a na tym osiedlu czynsz to mniej więcej tyle - mówi Grzegorz Jędrzejczak. Tu mieszkają zwykli ludzie, dużo starszych osób. To nie jest Wilanów, to zwykłe osiedle przy Bokserskiej - dodaje.

Kradzieże z głodu

Właściciel baru zna historię wszystkich osób, które regularnie zaglądają do niego po obiady.

Ludzie przychodzą tutaj się żalić - mówi.

Proszę pamiętać, że my tutaj jesteśmy trochę ich spowiednikami. Mają takie problemy, o których nam się nie śniło, bo żyjemy inaczej. A ci ludzie tego nie mają. Bo mają 400 złotych miesięcznie albo i nie. I jeszcze jedno - system jest do niczego. W tym kraju pieniądze daje się ludziom, którzy nigdy nie pracowali, nie odkładali żadnych składek. A ludzie, którzy ciężko harowali, dostają jałmużnę. Chociaż pierwsze, co zrobią po otrzymaniu tej emerytury czy renty, to uczciwie zapłacą czynsz
- stwierdza.

Grzegorz Jędrzejczak mówi, że ubodzy mieszkańcy przeszukują okoliczne kontenery, do których pracownicy marketów wrzucają warzywa i owoce. Wybierają wszystko, nawet zgniłe pomidory.

To nie są osoby bezdomne. To ludzie, których po prostu nie stać na jedzenie. Kupcy tutaj na bazarku mówią, podczas takich zwykłych rozmów, o kradzieżach. Dwa kartofle, jedna cebula, pomidor. To nie są kradzieże dla zarobku. To są kradzieże z głodu - opowiada właściciel baru.

Pan Grzegorz i ludzie, z którymi działa, na razie wydaje zawieszone obiady niespełna 40 osobom dziennie. Ale poradzą sobie też z większą liczbą potrzebujących. Na razie jest kilkudniowy zapas takich obiadów, które wykupują ludzie nie tylko z Warszawy. I ta pomoc zatacza coraz szersze kręgi.

A zaczęło się od czasu pierwszego lockdownu, kiedy zostaliśmy zamknięci w domach - wspomina Marcin Degutis, który współpracuje z właścicielem baru. Organizowaliśmy pomoc dla ś.p. Natana - Pana Torpedy... Licytacje na WOŚP. Dla kolegi, któremu bankrutowała firma, w jeden dzień zebraliśmy 18 tysięcy zł. A potem zaczęła się pomoc dla Ukraińców, w tym oczywiście obiady. Zaczęliśmy od stu dziennie, a skończyliśmy na dwustu - opowiada.

Zawieszone obiady to niejedyna pomoc, którą organizują. W mediach społecznościowych informują na bieżąco o potrzebach podopiecznych.

Pan Jarek potrzebuje ubrań. Prosi o ciepły sweter, spodnie, może uda się zorganizować kurtkę, buty zimowe i bieliznę. Buty na teraz już mu kupiłem. Ma w pasie 74, potrzebuje kurtki w rozmiarze XL. Pan jest strasznie szczupły. Może ktoś ma coś w szafie do oddania - wymienia Marcin Degutis.

"Mam rezerwę zawieszonych obiadów"

Dla pani Eli już zebrali pieniądze, które wystarczą na wykupienie zapasu leków na rok. 88-letniej babci, która chce przeżyć jeszcze rok, żeby doczekać do pierwszej komunii wnuczki, obiecali tę komunię zorganizować.

Przy rosnących kosztach utrzymania lokalu i coraz wyższych rachunkach za zakupy, przedsiębiorcom działa się coraz trudniej. Ale dla pana Grzegorza i jego znajomych to, że akcje będą kontynuowane, to rzecz bezdyskusyjna.

Mam rezerwę zawieszonych obiadów i zawsze mi wystarcza. Ale nawet jeśli by nie wystarczało, nie ma z tym problemu. Jak już całkiem nie będę miał, to chociaż zupę ugotuję - mówi optymistycznie właściciel baru.

Co sobotę, w południe, organizująca pomoc społeczność spotyka się w "Barze do syta". Na kawę, a w najbliższą sobotę, również na grilla, zapraszają wszystkich. Również tych, którzy tylko chcą zobaczyć, jak taka pomoc wygląda.

Grzegorz i Marcin chcą za naszym pośrednictwem podziękować: @MartaWitecka1, @Favoreq, @MatKrzywousty, @Po_prostu_tat i wielu innym, za pomoc w realizacji akcji.