Cztery dni bez energii - to część planu kryzysowego, nad którym pracuje brytyjski rząd w oczekiwaniu na nadejście zimy. Donoszą o tym media na Wyspach. Jak miałoby to wyglądać?

REKLAMA

Nikt nie spodziewa się, że energia zostanie po prostu wyłączona na ten okres, ale łączne ograniczenia mogą być równoznaczne z czterodniową przerwą w dostawach. Związane jest to z malejącym importem gazu z Norwegii i Francji, choć głównym powodem jest oczywiście wojna w Ukrainie.

Od października, w obrębie jednego domostwa, rachunki za energię wyniosą ponad 4 tys. funtów rocznie. Na tym poziomie ustalono maksymalną kwotę, jakiej dostawcy mogą żądać od klientów. To podwyżka rzędu 54 proc.

Warto podkreślić, że Wielka Brytania nie jest tak uzależniona energetycznie od Rosji jak reszta Europy. Jeśli chodzi o gaz, to importowano tylko 4 proc. całego zapotrzebowania, a i to już zostało wstrzymane. Do końca tego roku Londyn przestanie importować także rosyjską ropę, która stanowi 9 proc. wszystkich sprowadzanych zasobów.

Efekt domina

W związku z narastającym kryzysem, odroczono także planowane zamknięcie trzech ostatnich elektrowni napędzanych węglem, co oczywiście odbędzie się ze szkodą dla środowiska. 27 proc. zapotrzebowania na ten surowiec także pochodziło z Rosji. Wyłania się zatem niepokojący obraz, będziemy nerwowo patrzeć nie tylko na termometry, ale także ze strachem myśleć o coraz gorszej jakości powietrzu.

Wojna w Ukrainie wpływa na wiele dziedzin życia, przyczyniła się do kryzysu energetycznego, pośrednio napędza inflację i wpływa na za zanieczyszczenie powietrza. Inflacja zbliża się do pułapu do 9,5 proc. Sytuacja ta przypomina zasadę domina - pada jeden element układanki, w tym przypadku jest nim szeroko pojęte bezpieczeństwo w Europy, a powoduje to prawdziwą falę problemów.

Oszczędności?

Brytyjczycy nie ogrzewają domów i mieszkań do takich temperatur, do jakich przywykliśmy w Polsce. Są bardziej zimnokrwiści od kontynentalnych Europejczyków, co widać na ulicach polskich miast, gdy w zimie przechadzają się nimi brytyjscy turyści. Zawsze są lżej ubrani niż Polacy i to bez względu na temperaturę.

Na Wyspach nawet w zimie potrafią chodzić w podkoszulkach, bo koniec roku jest na Wyspach znacznie łagodniejszy niż po drugiej stronie kanału La Manche. W kontekście kryzysu energetycznego, to szczęśliwy zbieg okoliczności. Nie należy zapominać, że lwią część dostępnej energii zużywa przemysł, a nie zwykli obywatele. Trudno zatem przewidzieć, jak na dłuższą metę Wielka Brytania będzie sobie radzić z problemami dotykającymi tę newralgiczną dziedzinę życia.