Zatrzymanie przeładowanego autobusu albo tramwaju i prośba o opuszczenie pojazdu - to metoda warszawskiej komunikacji na realizowanie rządowego nakazu, że środki transportu publicznego mogą przewozić o połowę mniej pasażerów niż jest dla nich miejsc siedzących.

REKLAMA

Dane z porannego szczytu do godziny 8:00 mówią, że w Warszawie motorniczowie zatrzymali składy 30 razy. Kierowcy autobusów stanęli 2 razy. Taki postój - jak się dowiedział reporter RMF FM Krzysztof Zasada - trwał od 5 do nawet 40 minut.

Prawie we wszystkich przypadkach po wezwaniu do opuszczenia pojazdu przez pasażerów ponad limit, podróżujący podporządkowywali się. Jest jeden wyjątek. To mężczyzna jadący tramwajem w okolicach Parku Praskiego, który nie chciał wyjść. Wezwano na pomoc policję.

Problemem wciąż jest natomiast znalezienie metody na ograniczenie liczebności pasażerów metra. Okazuje się, że obecnie obiema liniami jeździ siedmiokrotnie mniej ludzi niż przed epidemią. Ta liczba spadła z ponad 650 tysięcy do osiemdziesięciukilku.

Ograniczenia dotyczące poruszania się w komunikacji publicznej zapowiedział dwa dni temu premier Mateusz Morawiecki. Wyjaśniał, że w autobusach czy tramwajach mają być tylko miejsca siedzące, podzielone przez dwa. Chodzi o to, by we wszystkich środkach komunikacji publicznej nie było tłoku, musi być dystans. I tak jeśli na przykład w autobusie jest 70 miejsc siedzących, to może w nim się znajdywać maksymalnie 35 osób.

Co więcej policja może sprawdzić, ile osób podróżuje prywatnym samochodem.

"Rozporządzenie wydane przez Ministra Zdrowia nie reguluje dopuszczalnej maksymalnej liczby osób podróżujących samochodami prywatnymi, ale policja będzie to monitorowała" - mówił minister spraw wewnętrznych i administracji Mariusz Kamiński.