Polska wywalczyła "bezpiecznik" dla cen prądu - ustaliła dziennikarka RMF FM Katarzyna Szymańska-Borginon. Dziś w Brukseli rozpoczyna się unijny szczyt z udziałem premiera Donalda Tuska.
- Po więcej aktualnych informacji zapraszamy na stronę główną RMF24.pl.
Polska, wspierana przez Włochy, wywalczyła, żeby w projekcie końcowego dokumentu na dzisiejszy szczyt UE wpisać zapowiedź wypuszczenia na rynek większej liczby pozwoleń na emisję CO2, co obniży ich koszt. A tańsze pozwolenia to niższe rachunki za prąd. Taki zapis, który przygotowali unijni ambasadorowie, pojawił się dopiero wczoraj wieczorem.
Coraz częściej słychać w Brukseli, że w UE polski głos jest coraz lepiej słyszany. To, co jeszcze było nie do pomyślenia dwa lata temu, teraz będzie wdrażane - mówi unijny dyplomata w rozmowie z dziennikarką RMF FM. Bruksela przyznaje de facto, że ETS ma wpływ na wysokie ceny energii, co jeszcze niedawno było tabu. Przyznaje także, że trzeba ten system zreformować.
Pierwotny projekt dokumentu był ogólnikowy: zakładał jedynie, że Komisja Europejska przygotuje "zbiór narzędzi" do walki z kryzysem. Polska uznała to za niewystarczające. Warszawa od początku wyraźnie dawała do zrozumienia, że nie interesuje jej jedynie zgoda Brukseli na dalsze wydawanie własnych pieniędzy - pomoc publiczna czy obniżki podatków.
Warszawa wymusiła dopisanie fragmentu o "zamiarze zwiększenia rynkowej rezerwy stabilności". Co to oznacza? Jest to zapowiedź, że Unia "rzuci na rynek" więcej pozwoleń z rezerwy. Im więcej pozwoleń w obrocie, tym są one tańsze. A tańsze pozwolenia to niższe koszty produkcji prądu w polskich elektrowniach węglowych i gazowych. I tańsze rachunki za elektryczność.
Obecnie średni koszt ETS na rachunkach w krajach UE to 11 proc., natomiast w Polsce jest o dwa razy wyższy i wynosi od 20 do 24 proc. Tak więc to najszybszy sposób na obniżenie rachunków. Zapis o zwiększeniu rezerwy znalazł się już w liście szefowej KE Ursuli von der Leyen do unijnych przywódców, jednak teraz po wpisaniu do wniosków ze szczytu UE, Komisja Europejska jest zobligowana do przygotowania konkretnych rozwiązań. Prawdopodobnie nastąpi to w najbliższych tygodniach.
Natomiast w lipcu Komisja Europejska ma przedstawić przegląd systemu ETS. We wnioskach ze szczytu są także zapisy o uwzględnieniu "specyfiki poszczególnych państw", o co także zabiegała Polska. Chodzi o uznanie, że to polskie zakłady energochłonne potrzebują więcej czasu niż np. Szwecja czy Francja.
Premier Donald Tusk wraz przywódcami Włoch, Austrii, Bułgarii, Chorwacji, Czech, Grecji, Węgier, Słowacji i Rumunii zaapelował nie tylko o gruntowną reformę tego systemu, ale o przedłużenie okresu obowiązywania bezpłatnych uprawnień, które mają wygasnąć w 2034 r.
Chodzi o to, aby polskie huty, zakłady chemiczne czy cementowanie mogły emitować CO2 bez płacenia za to jeszcze przez wiele lat po pierwotnie ustalonym terminie. Polskie zakłady miałyby więcej czasu na dostawanie i nadal mogłyby cenowo konkurować z towarami z Chin czy Indii. Do tej pory rok 2034 był traktowany w Brukseli jako "nienaruszalna granica".
Według informacji dziennikarki RMF FM Komisja Europejska "nie mówi 'nie'". Zapowiada się jednak trudna debata - ostrzegają rozmówcy dziennikarki RMF FM.
Takie kraje jak Holandia, Dania czy Szwecja, które mają już bardzo nowoczesną gospodarkę i niskie emisje, nie chcą "majstrowania" przy ETS. Uważają, że nie należy zmieniać zasad w trakcie gry a sztuczne obniżanie cen osłabi motywację firm do inwestowania w odnawialne źródła energii (OZE). Francja opowiada się za reformą ETS, ale także przestrzega by "nie psuć narzędzi, które istnieją i nie doprowadzić do zakłóceń na rynku".