Amerykanom wystarczyło nieco ponad 2,5 godziny, by zniszczyć kluczowe instalacje wojskowe, a także pojmać prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro i jego żonę. "To było piekło" - mówią mieszkańcy Caracas, którzy znaleźli się w centrum amerykańskiej operacji. W wenezuelskich służbach bezpieczeństwa panuje przekonanie, że gdyby nie CIA, to Siły Zbrojne Stanów Zjednoczonych nie przeprowadziłyby tak błyskawicznej ofensywy.

REKLAMA

  • Mieszkańcy Caracas są zgodni: podczas amerykańskiego ataku w stolicy Wenezueli rozpętało się "piekło".
  • Relacje świadków, często ludzi, którzy przypadkowo znaleźli się w centrum wydarzeń, znajdziesz w poniższym artykule.
  • Jeden z rozmówców w służbach bezpieczeństwa wskazał, że za świetne przygotowanie operacji odpowiada CIA.
  • Więcej ważnych informacji z Polski i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl.

3 stycznia, w ramach operacji "Absolute Resolve", Siły Zbrojne Stanów Zjednoczonych zaatakowały Wenezuelę. Wszystko zaczęło się o godzinie 2:00 czasu lokalnego, kiedy w północnej części kraju rozległy się pierwsze eksplozje. Szybko się okazało, że Amerykanie zbombardowali infrastrukturę wojskową, niszcząc w ten sposób obronę powietrzną.

W tym samym czasie komandosi z jednostki specjalnej Delta Force wtargnęli do posiadłości prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro w Caracas, żeby pojmać wenezuelskiego przywódcę i jego żonę Cilię Flores. Para została następnie przetransportowana do Stanów Zjednoczonych i postawiona przed sądem w Nowym Jorku, gdzie usłyszała zarzuty uczestnictwa w zmowie narkoterrorystycznej, sprowadzania kokainy do Stanów Zjednoczonych i dwa zarzuty związane z posiadaniem zabronionej broni.

"To było piekło"

O szczegółach operacji, będącej niewątpliwym sukcesem wojsk amerykańskich, pisze szeroko rosyjski dziennik "Kommiersant". Korespondentka gazety, Weronika Wiszniakowa, pojechała do Caracas, gdzie rozmawiała z naocznymi świadkami amerykańskiego ataku - często ludźmi, którzy przypadkowo znaleźli się w centrum wydarzeń.

"Kommiersant" zauważa, że jednym z obiektów, który znalazł się pod ostrzałem sił amerykańskich, była baza wojskowa Fort Tiuna, będąca swoistym państwem w państwie. Jest tam wszystko: siedziba resortu obrony, sztabu generalnego, akademia wojskowa, koszary, składy amunicji i magazyny sprzętu wojskowego.

Są tam też osiedla mieszkaniowe, które powstały już za prezydentury Hugo Chaveza. W budynkach mieszkały rodziny wojskowych i pracowników cywilnych. Starszy Wenezuelczyk wyjaśnia, że mieszkania były tam po to, by w razie ataku cywile byli żywymi tarczami. Choć Amerykanie obrali za cel głównie instalacje wojskowe, to uszkodzone zostały również budynki mieszkalne.

To było piekło. Obudziliśmy się, słysząc trzask, ściany naszego domu się trzęsły - mówi Frevi, który mieszka z rodziną na terenie Fort Tiuna. Rzuciliśmy się z żoną do okna i zobaczyliśmy śmigłowiec krążący bardzo nisko nad sąsiednim domem, który potem otworzył ogień. Nie do nas, ale do sąsiedniego obiektu wojskowego. Przestraszyliśmy się i natychmiast przykucnęliśmy - relacjonuje.

Następnie rozległa się seria z karabinu maszynowego, po której nastąpiły liczne eksplozje. Zapanował chaos - całe rodziny z dziećmi wybiegały z domów, próbując uciec samochodami poza obszar kompleksu wojskowego, jednak na drodze utworzył się ogromny korek.

Teraz - jak przyznają inni rozmówcy "Kommiersanta" - wszystko powoli wraca do normy. Pamiętam, jak domy się trzęsły, słyszałam strzały (...). Przez pierwsze kilka dni nie było tu nikogo, panowała absolutna cisza. Ale teraz ludzie zaczynają stopniowo wracać. My również wkrótce wrócimy do normalnego życia - mówi jedna z kobiet, napotkana w małej turystycznej dzielnicy El Hatillo.

"Mieli wielu wspólników"

Dziennikarka "Kommiersanta" rozmawiała również z członkiem kierownictwa Sierra Maestra, jednej z najbardziej wpływowych prorządowych grup paramilitarnych w Caracas. Nasze systemy obrony powietrznej nie działały i ktoś z pewnością miał w tym swój udział. Wszystkie systemy zostały wyłączone - mówi bojownik, który nie ujawnia swojego imienia i nazwiska.

Rozmówca rosyjskiej gazety przekonuje, że siły amerykańskie były bardzo dobrze przygotowane do operacji, co miało być zasługą CIA. Sugeruje, że Amerykanie mieli wielu wspólników - głównie wśród wojskowych, których udało się przekupić wysokimi jak na wenezuelskie standardy pieniędzmi. Mieli wielu wspólników, którzy znali sytuację od środka i byli w stanie dokonać aktów sabotażu - mówi członek Sierra Maestra.

"Kommiersant" informuje, że członkowie "collectivos", bo tak nazywa się prorządowe grupy paramilitarne, wyrazili lojalność wobec nowych władz. Popieramy Delcy Rodriguez i zaakceptowaliśmy ją jako głównodowodzącą - mówi informator z Sierra Maestra.

Stany Zjednoczone potrzebują naszej ropy naftowej i możemy z nimi prowadzić dialog na ten temat, ale musi to być pełna szacunku rozmowa dwóch prezydentów przy stole negocjacyjnym - kontynuuuje, dodając, że - jego zdaniem - decyzje polityczne w Wenezueli nie są podejmowane przez Stany Zjednoczone.