To podpis europosła Ryszarda Czarneckiego widnieje pod wnioskami o zwrot kosztów wyjazdów z Polski do Parlamentu Europejskiego - mówią reporterowi RMF FM niezależnie od siebie jego dwaj byli asystenci. Współpracownicy eurodeputowanego zeznawali w śledztwie w sprawie podejrzeń wyłudzenia przez Czarneckiego zwrotu kosztów delegacji. Unijna instytucja OLAF twierdzi, że doszło do oszustwa na kwotę 100 tysięcy euro.

REKLAMA

Śledztwo w sprawie podejrzenia wyłudzenia przez europosła PiS Ryszarda Czarneckiego 100 tysięcy euro z Parlamentu Europejskiego toczy się w zamojskiej prokuraturze.

Postępowanie dotyczy doprowadzenia do niekorzystnego rozporządzenia mieniem Parlamentu Europejskiego w związku ze składanymi w latach 2009-18 wnioskami o zwrot kosztów podróży służbowych i przyznanie dodatku pobytowego.

Według OLAF, Europejskiego Urzędu ds. Zwalczania Nadużyć Finansowych, europoseł wprowadził w błąd europarlament - twierdził, że dojeżdżał na posiedzenia z Jasła samochodem, którego nie użytkował. Mowa jest między innymi o kabriolecie, którego właściciel stwierdził natomiast, że wiele lat wcześniej samochód trafił na złom.

Sam Czarnecki twierdził, że winę ponoszą jego współpracownicy.

Tymczasem dwaj byli asystenci europosła w rozmowie z dziennikarzem RMF FM Krzysztofem Zasadą powiedzieli, że pod wnioskami o zwrot kosztów widnieje jego podpis.

Obaj, niezależnie od siebie, potwierdzili, że widzieli wypełnione protokoły wyjazdów służbowych europosła - jest ich ponad 160. Porównywali je ze swoimi umowami o pracę podpisanymi przez polityka. Według nich podpisy pod tymi dokumentami są tożsame.

Jak dodają, wnioski o zwrot kosztów podróży to standardowe wzory europarlamentu. Zawierają dane wyjazdowe: skąd-dokąd, liczbę kilometrów, wskazanie konta, na które mają być przelane pieniądze oraz właśnie podpis. Deklaracje wypełnione mają być dwoma różnymi charakterami pisma, natomiast podpis zawsze jest ten sam.

Nasz dziennikarz próbował porozmawiać z Czarneckim na ten temat. Od początku tygodnia udało mu się z nim skontaktować tylko SMS-owo. Europoseł nie chciał komentować informacji, które reporter RMF FM uzyskał od jego asystentów. Przekonywał w nich, że nic nie wie o śledztwie, które toczy się w Zamościu. Zapewniał, że od dawna nie ma żadnych nierozliczonych zobowiązań wobec PE.

Przypomnijmy, że po nagłośnieniu sprawy Ryszard Czarnecki we wrześniu zwrócił Parlamentowi Europejskiemu część kwoty za tak zwane "kilometrówki". Korespondentka RMF M w Brukseli Katarzyna Szymańska-Borginion informowała wtedy, że Czarnecki oddał sumę, o którą zwrócił się do niego europarlament. PE zaznacza jednak w oświadczeniu przesłanym naszej korespondentce, że jest to "część kwoty wskazanej przez OLAF". Nasz dziennikarka ustaliła nieoficjalnie, że polityk zwrócił mniej niż połowę ze wskazanych przez OLAF 100 tysięcy euro.

On sam nie chciał ujawnić, o jaką sumę chodzi. Przyznał, że doszło do nieprawidłowości, ale równocześnie podkreślił, że nie czuje się winny.

"Nieprawidłowości popełnili moi asystenci, nie było w tym mojej żadnej złej woli czy złej intencji. Ale oczywiście wziąłem to na siebie, wziąłem to na klatę" - powiedział naszej dziennikarce.