Grupa działająca pod szyldem "Ostatnie Pokolenie" ogłosiła zakończenie działalności. Aktywiści w charakterystycznych pomarańczowych kamizelkach starając się zwrócić uwagę opinii publicznej na problemy związane z klimatem, niejednokrotnie blokowali ruch drogowy. Niekiedy też dopuszczali się aktów wandalizmu. "Po dwóch latach najgłośniejszych w historii Polski protestów klimatycznych Ostatnie Pokolenie osiąga sukces" - ogłosili w piątek w opublikowanym komunikacie.
- Po więcej aktualnych informacji z kraju i ze świata zapraszamy na stronę główną rmf24.pl.
Wzbudzający skrajne emocje w społeczeństwie aktywiści po dwóch latach swojej aktywności ogłosili koniec działalności. Podkreślili przy tym, że kończą działalność w poczuciu spełnionej misji.
"Postulaty z ulicznych transparentów trafiły częściowo do tekstu nowej rządowej ustawy procedowanej w Sejmie. Dzięki obywatelskiemu oporowi zwykłych ludzi miliardy złotych pójdą na kluczowe inwestycje w kolej, a Ministerstwo Infrastruktury pracuje nad zintegrowanym, ogólnopolskim biletem na transport publiczny dostępnym dla wszystkich mieszkańców Polski" - czytamy w opublikowanym przez Ostatnie Pokolenie komunikacie.
"Chowamy klej do kieszeni, a kamizelki - do szafy" - oświadczyli aktywiści.
Jednocześnie zwrócili uwagę na to, że konsekwencją ich działań były sprawy sądowe. "Za mówienie prawdy o katastrofie klimatycznej, za postulowanie o sprawiedliwość społeczną, osoby mierzą się z grzywnami, które sięgają setek tysięcy złotych. Niektórym grozi nawet utrata wolności" - napisali.
Ogłaszając koniec swojej dotychczasowej aktywności, która nie zawsze spotykała się ze zrozumieniem ekspertów czy polityków, podkreślili, że czują spełnienie. "Nie zatrzyma tego nic oprócz Rewolucji. Udowodniliśmy, że opór działa" - czytamy.
Mimo szczytnych idei, na które się powoływali blokując ruch drogowy czy dopuszczając się aktów wandalizmu, nie wszystkim ich profil działalności przypadał do gustu. Ogromne kontrowersje wzbudziło choćby oblanie pomarańczową farbą pomnika warszawskiej syrenki - jednego z symboli stolicy. Działacze, którzy się tego dopuścili otrzymali od sądu kary więzienia w zawieszeniu i wysokie grzywny.
Zwykle blokowali ruch uliczny. Na moment protestu wybierali godziny szczytu, gdy ruch na drodze jest największy w ciągu dnia. Kładli się na jezdni, przyklejając się do niej, co powodowało spore utrudnienia w komunikacji. Poza policją, zdarzało się także, że interweniowali kierowcy samochodów, którzy stali wówczas w korku.