Ikona dziennikarstwa znalazła się na zakręcie. W środę świat obiegła informacja o drastycznych redukcjach etatów w redakcji „Washington Post”. Jak podaje agencja AFP, powołując się na źródła wewnątrz gazety, decyzja o zwolnieniach obejmie nie tylko działy lokalne i sportowe, ale również korespondentów zagranicznych – w tym cały zespół odpowiedzialny za Bliski Wschód. To kolejny cios dla prestiżowego tytułu, którego właścicielem od 2013 roku jest miliarder Jeff Bezos.
- Więcej aktualnych informacji z Polski i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl.
Według informacji przekazanych przez agencję AFP, liczba osób, które stracą pracę, pozostaje na razie nieznana. Jednak już teraz wiadomo, że zmiany dotkną praktycznie każdej części redakcji. Najbardziej dramatycznie brzmią doniesienia o całkowitej likwidacji zespołu zajmującego się Bliskim Wschodem oraz znacznej części korespondentów zagranicznych.
Zmiany nie ominą również działów lokalnych oraz sportowych, które przez lata były wizytówką gazety i stanowiły o jej sile na rynku medialnym Stanów Zjednoczonych.
Na wieść o planowanych zwolnieniach natychmiast zareagował związek zawodowy dziennika Post Guild. W specjalnym oświadczeniu podkreślono, że "nie można pozbawić redakcji swojej substancji bez konsekwencji dla wiarygodności, wpływów i przyszłości". Związkowcy przypominają, że w ciągu ostatnich trzech lat z gazetą pożegnało się już około 400 pracowników. "Post Guild zaznaczył, że ‘kategorycznie sprzeciwia się wszelkim dalszym zwolnieniom’" - czytamy w oficjalnym komunikacie.
Były redaktor naczelny "Washington Post", Martin Baron, w swoim wpisie na Facebooku nazwał środę "jednym z najciemniejszych w historii" gazety. "Ambicje ‘Washington Post’ zostaną znacząco ograniczone, utalentowany i odważny zespół zostanie jeszcze bardziej osłabiony, a grono odbiorców straci dostęp do dziennikarstwa terenowego, opartego na wydarzeniach w naszych społecznościach i na całym świecie, co jest obecnie ważniejsze, niż kiedykolwiek wcześniej" - napisał Baron, podkreślając, jak wielką stratą dla czytelników i całego środowiska dziennikarskiego będą te decyzje.
"Washington Post" to nie tylko gazeta - to instytucja, która przez dekady kształtowała amerykańskie dziennikarstwo. To właśnie dziennikarze tej redakcji ujawnili słynną aferę Watergate, za co zostali uhonorowani Nagrodą Pulitzera. Jednak, jak zauważa AFP, od kilku lat gazeta zmaga się z poważnym kryzysem.
W czasie pierwszej kadencji prezydenta Donalda Trumpa "Washington Post" notował świetne wyniki, a jego artykuły były uznawane za bezkompromisowe i odważne. Niestety, w kolejnych latach sytuacja finansowa zaczęła się pogarszać.
Redakcja nie zdecydowała się poprzeć kandydatki Partii Demokratycznej Kamali Harris podczas ostatniej kampanii prezydenckiej, co było dotąd tradycją gazety. Wielu obserwatorów upatruje w tej decyzji wpływu właściciela, Jeffa Bezosa, który coraz częściej pojawiał się publicznie w towarzystwie Donalda Trumpa. To właśnie ta zmiana miała przyczynić się do odejścia części wiernych czytelników.
Niepokojące sygnały płynęły już wcześniej. Dziennik "New York Times" informował, że "Washington Post" nie wyśle swoich dziennikarzy na Zimowe Igrzyska Olimpijskie, mimo że wielu z nich było już przygotowanych do wyjazdu, a nawet miało zarezerwowane hotele.