Rosja zburzyła w tych dniach świat, jaki znamy, świat ostatnich 30 lat po upadku Związku Sowieckiego. Od reakcji Ukraińców, naszej reakcji, reakcji Europy i świata zależy, jaki będzie teraz nowy porządek. Wygląda na to, że powrotu do tego co było, już nie ma. Ukraina w tych dniach walczy już nie tylko o utrzymanie swojej suwerenności, europejskiego status quo, ale prawdopodobnie walczy też o nową rzeczywistość, która może być przyszłością naszą, naszych dzieci i wnuków. Oby była to rzeczywistość bez złowrogiego cienia Moskwy nad Europą i światem.

REKLAMA

Putinowski, całkowicie niesprowokowany atak na Ukrainę był owocem nieskończonej liczby błędów świata zachodniego, które Berlin, Paryż, Waszyngton, Jerozolima, czy Ankara, ale też Budapeszt, Praga i inne stolice, w tym kiedyś i Warszawa, popełniały przez ostatnich 20 lat. Będziemy mieli okazję wiele o tym mówić w chwili, kiedy - miejmy nadzieje - piekło za naszą wschodnią granicą się zakończy. Te błędy nie wynikały z żadnej naiwności. Były w jednych miejscach bezpośrednim owocem postkomunistycznych uwarunkowań, w innych dowodem złudnego przekonania, że skoro zachodnia Europa jest oddzielona od Rosji naszą częścią kontynentu, to jest całkowicie bezpieczna i może naszym kosztem robić z Moskwą interesy. Niektóre kraje prowadzą też swoją własną politykę bezpieczeństwa i los innych jest im po prostu obojętny.

Prowadzono więc z Moskwą interesy nie tylko ekonomiczne, ale i polityczne. Skrajnym tego przykładem są oczywiście rurociągi Nord Stream 1 i 2, o których od początku było wiadomo, że drastycznie zmniejszają odporność wschodniej Europy na naciski Rosji. Były jednak także działania innego rodzaju, w tym choćby wspierana z różnych stron akcja zamazywania niemiecko-sowieckiej odpowiedzialności za rozpętanie II wojny światowej. Przypomnijmy sobie, gdzie i na czyje zaproszenie nie tak dawno Putin mógł swoje historyczne tezy, w obecności światowych przywódców, głosić. Na szczęście Prezydenta Rzeczypospolitej tam nie było. Musimy sobie wyraźnie powiedzieć, że polityka historyczna, uprawiana przez różne strony, jest istotnym elementem systemu bezpieczeństwa, a działania zmierzające do uwikłania nas w cudze zbrodnie wojenne, w istotny sposób obniżają nasze bezpieczeństwo i tak dokładnie muszą być traktowane.

Wojna na Ukrainie przynosi weryfikację naszych obaw, przewidywań i nadziei. Najpierw potwierdziły się obawy co do agresywnych planów Moskwy, potem potwierdziły się przewidywania co do niechęci Niemiec i niektórych innych krajów do stanowczej reakcji. Potem jednak zaczęły się potwierdzać pewne nadzieje. Przede wszystkim nadzieja na to, że Ukraińcy będą się bronić. I wydaje się, że robią to skutecznie. Po drugie, nadzieja na jednoznaczną reakcję Stanów Zjednoczonych. Po ubiegłorocznych decyzjach w sprawie Nord Stream 2, nie mieliśmy tu pewności, na szczęście administracja prezydenta Joe Bidena zmobilizowała NATO do jednoznacznych działań, które budzą otuchę.

Pojawił się jednak jeszcze jeden optymistyczny element, który nie był wcześniej oczywisty. Uporczywe działania Warszawy i części państw naszego regionu doprowadziły do refleksji kraje, które - powiedzmy - nie słynęły z rusosceptycyzmu. Dzisiejsze deklaracje kanclerza Niemiec, konkretne decyzje kolejnych krajów w sprawie dostarczania Ukrainie broni, systemu SWIFT, czy zamykania przestrzeni powietrznej dla rosyjskich samolotów, są oznaką stopniowego powrotu do zdrowego rozsądku. Nie wątpię, że na razie to głównie obawy przed opinią publiczną, która wyraźnie stanęła po stronie Ukrainy, ale może też dowód na to, że warto rozmawiać, przekonywać, czasem tłuc głową w ścianę.

Kanclerz Niemiec złożył też istotne zapowiedzi dotyczące obronności. Wygląda na to, że Berlin zmienia tu kurs. Wszyscy doskonale pamiętamy formułowane wprost przez byłego prezydenta USA Donalda Trumpa oskarżenia, że Niemcy finansują zbrojenia Rosji, a nie płacą przewidzianych 2 procent budżetu na własne zbrojenia w ramach NATO. Olaf Scholz oświadczył dziś, że to się zmieni, że od tej chwili Berlin będzie wydawał na zbrojenia ponad 2 procent PKB, w bieżącym roku 100 miliardów euro. Te wydatki będą finansowane z długu, ale Berlin potraktuje to jako inwestycję we wspólne bezpieczeństwo krajów NATO. Są oznaki, że Niemcy zaczynają zauważać, że nie mogą - albo nie wypada im - myśleć tylko o sobie.

Jestem przekonany, że wojna na Ukrainie kładzie kres samozwańczemu przywództwu Niemiec w Unii Europejskiej. Trwający dwie ostatnie dekady egzamin Berlin oblał w sposób absolutny. Ale wydarzenia ostatnich dni wskazują na to, że warto rozmawiać, dyskutować i owszem, warto naciskać. Kraje naszej części Europy mają prawo do tego, by ich bezpieczeństwo było równie ważne, by ich głos był równie głośno słyszany, jeśli nie z innych powodów to z tego, że nasze żywotne bezpieczeństwo przekłada się także na istotne biznesy tych na zachód od nas. Może to wreszcie czas, kiedy sobie to uświadomią. Papież Jan Paweł II mówił kiedyś o Europie oddychającej dwoma płucami, widać wyraźnie, że potrzebujemy też Europy myślącej dwiema półkulami mózgu.

Nasza wewnętrzna polityka tak naprawdę jest w tej chwili przede wszystkim polityką zagraniczną, koncentrującą się na mobilizacji świata na rzecz Ukrainy, pomocy Ukraińcom, którzy walczą i tym, którzy do nas uciekają. Ale oczywiście pewne rzeczy stają się "arcyboleśnie proste", choćby potrzeba inwestycji w armię i obronę terytorialną, konieczność uniezależnienia się od rosyjskich surowców, czy świadomość, jak ważne było odparcie na granicy ataku z pomocą łukaszenkowskich uchodźców. Ale pomóżmy sobie przetrwać te trudne chwile bez kłótni. Spróbujmy uczynić jak najwięcej dobrego. Bo przecież przyszli podpalić dom sąsiada... I mogą się wydarzyć jeszcze straszniejsze rzeczy.