"Sam fakt, że doszło do tego rodzaju zdarzenia świadczy o tym, że cały system zabezpieczenia w miejscu zdarzenia był obarczony wadą" - powiedział przed sądem biegły z zakresu budownictwa i projektowania dróg. Przedstawiona przez niego ocena dotyczyła wypadku sprzed ponad 2 lat, do którego doszło w Warszawie - z mostu Grota-Roweckiego spadł autobus.

REKLAMA

Przed Sądem Okręgowym w Warszawie toczy się proces Tomasza U., kierowcy autobusu miejskiego, który w 2020 roku spowodował tragiczny wypadek na moście Grota-Roweckiego. Autobus linii 186 z firmy Arriva, którym podróżowało 40 osób, przebił bariery energochłonne i spadł z wiaduktu. W wypadku zginęła jedna pasażerka, ranne zostały 22 osoby, z czego trzy były w stanie ciężkim.

Prokuratura zarzuciła Tomaszowi U. naruszenie zasad bezpieczeństwa w ruchu lądowym oraz "niedostosowanie taktyki i techniki jazdy do zmieniającej się sytuacji drogowej", co uniemożliwiło mu zahamowanie, a w konsekwencji doprowadziło do katastrofy w ruchu lądowym. Grozi mu do 12 lat więzienia.

Biegły o barierach na moście

Dziś przed sądem zeznawał biegły z zakresu budownictwa i projektowania dróg i ulic oraz innych obiektów budownictwa komunikacyjnego Dariusz Flak. Sam fakt, że doszło do tego rodzaju zdarzenia świadczy o tym, że cały system zabezpieczenia w miejscu zdarzenia był obarczony wadą - ocenił biegły.

Podkreślił przy tym, że ustalenie, jaka to była wada wymagałoby od niego dokonania analizy m.in. dokumentów, do których nie miał dostępu. Jak powiedział, "są to dokumenty projektowe związane są z utrzymaniem obiektu budowlanego".

Analiza tych dokumentów może prowadzić do ustalenia, na którym etapie podjęto decyzję o takim rozwiązaniu technicznym oraz jakimi podstawami się kierowano. W odniesieniu do całych okoliczności zdarzenia, że pojazd znalazł się poza obiektem można ustalić, czy dochowano należytej staranności i standardów technicznych. Bez tych dokumentów nie mam możliwości ocenić jakie konkretnie materiały i elementy zostały użyte - tłumaczył. Dodał, że według jego wiedzy dysponentem tych dokumentów jest Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad lub zarządca dróg publicznych m.st. Warszawy.

Do czego przyznał się oskarżony?

Proces w tej sprawie ruszył na początku lutego 2022 roku przed warszawskim Sądem Okręgowym. Podczas pierwszej rozprawy swoje wyjaśnienia składał oskarżony Tomasz U.

Przyznaję się do tego, że prowadziłem ten pojazd, autobus, spowodowałem wypadek, jednakże nie liczyłem się z tym, że do czegoś takiego może dojść. Przyznaję się również do tego, że miałem amfetaminę i ją zażyłem - powiedział Tomasz U.

Mężczyzna tłumaczył, że zażyty przez niego narkotyk miał pomóc w zagłuszeniu bólu kręgosłupa, który dokuczał mu od dłuższego czasu - właśnie z tego powodu przed wypadkiem przez prawie dwa miesiące był na zwolnieniu lekarskim. Jak relacjonował, w czasie trwania L4 dostał telefon, że musi jak najszybciej wrócić do pracy, bo inaczej przy najbliższej możliwej okazji zostanie zwolniony.

Co wydarzyło się w dniu wypadku?

Dzień wypadku był czwartym dniem pracy kierowcy po powrocie z L4. Mężczyzna twierdził, że poinformował dyspozytora o bólu kręgosłupa, jednak w odpowiedzi usłyszał, że "nie ma kto za niego pojechać".

Nie pamiętam, kiedy dokładnie zacząłem pracę, jednak były to wczesne godziny - ok. 3-4 nad ranem - podkreślał. Jak mówił, ból kręgosłupa był tak dokuczliwy, że nie umiał znaleźć odpowiedniej pozycji za kierownicą. Twierdził, że wziął amfetaminę , by "skupić się na czymś innym, niż na bólu" oraz dojechać do miejsca, gdzie czekał już na niego zmiennik. Jak dodał, narkotyku próbował wcześniej "może 3-4 razy" na imprezie.

Mężczyzna wyraził też ubolewanie ze względu na to, co się stało. Żałuję. Żadne słowa nie oddadzą tego, jak się czułem (...) Cały czas mam to w głowie - podkreślał Tomasz U.

Kolejna rozprawa w tej sprawie zaplanowana jest na 9 listopada, podczas której niewykluczone, że odbędą się mowy końcowe stron.