Miała zaledwie kilka lat, gdy Niemcy zamknęli jej rodzinę w getcie warszawskim. Pamięta głos swojego ojca, któremu niemieccy żołnierze obcięli brodę i kazali tańczyć, pamięta głód, ukrywanie się w kominie i kanały, którymi wydostała się z płonącego getta. Dziś Krystyna Budnicka, jedna z ostatnich ocalałych z powstania w getcie warszawskim i ambasadorka akcji Żonkile, mówi: "Ja nie mam żadnego grobu, gdzie mogłabym pójść i popłakać. Mogę tylko opowiadać. Kiedy mówię o nich, stawiam im pomnik".

REKLAMA

Twoja przeglądarka nie obsługuje standardu HTML5 dla video

Krystyna Budnicka urodziła się w 1932 roku na warszawskim Muranowie jako Hena Kuczer. Była najmłodszą z rodzeństwa - miała sześciu starszych braci.

Ja byłam najmłodszym dzieckiem i takim już oczkiem w głowie. Tata robił mi zabawki. Miałam piękne mebelki: szafki, łóżeczko, stolik. On był stolarzem budowlanym, ale dla mnie zawsze coś robił - wspomina.

Rodzina mieszkała przy placu Muranowskim. Przed wojną życie było spokojne i pełne rodzinnego gwaru.

To była bardzo duża rodzina. W święta stół był wielki, okrągły i cały obładowany. Dla dzieci był osobny stolik. Było bardzo pięknie i ja to wszystko pamiętam - opowiada.

W 1939 roku miała pójść do szkoły. Pamiętam, że szkoła była na ulicy Barokowej, ale ja mówiłam, że to szkoła na Burakowej, bo wiedziałam, co to burak, a nie wiedziałam, co to barok - mówi z uśmiechem.

Twoja przeglądarka nie obsługuje standardu HTML5 dla audio

"Mama skazała mnie na życie". Wstrząsająca opowieść ocalałej z powstania w getcie warszawskim

Dzieciństwo przerwane przez wojnę. "Wszystko pamiętam"

Wojna przyszła nagle. Ja wyczuwałam, że coś się dzieje. Wróciliśmy wcześniej z wakacji. Były zapasy jedzenia, zaklejanie szyb, nerwowa atmosfera. Widziałam popłoch, choć jako dziecko nie rozumiałam jeszcze wszystkiego - wspomina.

Krystyna Budnicka nie poszła już do szkoły. Miałam iść do szkoły. Nie poszłam. Zaczęły się bombardowania. Pamiętam głos prezydenta Starzyńskiego w radiu. Mówił do dzieci: słuchajcie rodziców, bądźcie grzeczne, bo jest wojna. Miał bardzo ciepły głos - opowiada.

Getto nie pojawiło się od razu. Najpierw były kolejne ograniczenia. Najpierw trzeba było nosić opaski. Dzieci jeszcze nie musiały, ale dla dorosłych to było bardzo upokarzające. To było podzielenie ludzi na ludzi i podludzi - mówi.

Rodzina Kuczerów długo pozostawała przy placu Muranowskim, choć granice getta się przesuwały. Potem trzeba było się przenieść.

Pamiętam, że wtedy łatwo było znaleźć mieszkanie, bo bardzo dużo ludzi było już wywiezionych do Treblinki - wspomina.

W getcie były jeszcze chwile dzieciństwa. Miałam koleżankę Różę. Bawiłyśmy się na podwórku. Była też taka pani, chyba nauczycielka, która zbierała dzieci i robiła nam coś w rodzaju szkoły, żebyśmy się nie szwendali po ulicach - wspomina.

Ale codzienność coraz bardziej zamieniała się w walkę o przeżycie. Nie było chleba, nie było jedzenia. Były łapanki. Ludzie zgłaszali się do pracy, bo obiecywano im chleb. Mówiono: dostaniecie jedzenie, dzieci dostaną zupę. A oni trafiali do Treblinki - mówi.

Przełomem był moment, gdy do getta wrócił jeden z więźniów Treblinki. Powiedział: słuchajcie, to wszystko nieprawda. Treblinka to obóz zagłady. Kto tam pojedzie, już nie wróci. I wtedy wiedziałam już tylko jedno: nie wolno dać się złapać - wspomina.

Upokorzenie ojca i utrata dziecięcego poczucia bezpieczeństwa

Jednym z najboleśniejszych wspomnień Krystyny Budnickiej pozostaje historia jej ojca.

Mój tata był bardzo godnym człowiekiem. Chodził z brodą, był religijny, szanowany. Pewnego dnia dwóch Niemców zatrzymało go na ulicy. Obcięli mu połowę brody i kazali tańczyć - opowiada.

Ojciec odmówił, powiedział: "Łobuzami jesteście. Nie będę wykonywał waszych rozkazów". Wtedy Niemcy złapali chłopców z ulicy i kazali im tańczyć wokół niego - wspomina.

Po powrocie do domu ojciec już nigdy nie był tym samym człowiekiem. To był dla niego straszny cios. Jak wrócił do domu, położył się do łóżka. Coś tam jeszcze jadł, ale już nigdy nie wrócił do życia. Przestał być przywódcą rodziny. Tę rolę przejęli moi bracia - mówi.

Życie w ukryciu. "Najpierw chowali rzeczy, później chowali ludzi"

Bracia Krystyny Budnickiej budowali skrytki. Najpierw Niemcy kazali oddawać radia, aparaty fotograficzne, futra. Moi bracia robili schowki. Nigdy nic nie znaleźli - opowiada. Później schowki zaczęły służyć do ratowania ludzi.

Ja zawsze mówię: najpierw chował rzeczy, a później chował ludzi. Mój brat Rafał wymyślił skrytkę w kominie. Przy kominie wisiała etażerka na szynach. Przesuwało się ją i było wejście do środka - wspomina.

Rodzina wielokrotnie chowała się tam podczas niemieckich obław. Niemcy krzyczeli na podwórku, że kto pojedzie do pracy, dostanie chleb. Kiedy nie mieli dość ludzi, zaczynali chodzić po mieszkaniach i szukać pod łóżkami, w szafach. Nas nigdy nie znaleźli - mówi.

Później powstał bunkier. To już było wtedy, kiedy wszyscy wiedzieliśmy, że chodzi o życie. Bracia mieli kontakt z ŻOB-em. Była broń, butelki z benzyną, jakieś granaty. Niewiele, ale chcieli się bronić - opowiada.

Powstanie w getcie warszawskim – walka o godność i życie

W czasie powstania w getcie Krystyna Budnicka była ukryta razem z rodziną.

Nic nie robiłam. Siedziałam, tuliłam się do mamy i bardzo się bałam. Byłam jedynym dzieckiem. Marzyłam, że wychodzę na dwór, że się bawię, że mam białą bluzeczkę. Takie głupstwa - mówi.

Najbardziej pamięta głód. Z głodu głównie się spało. Jedliśmy taką zupę-plujkę. To była gotowana kasza z łuskami, więc człowiek jadł i wypluwał - wspomina.

W schronie działało radio. Słyszeliśmy: "Tu mówi Rozgłośnia Polska Świt". Wiedzieliśmy, że gdzieś daleko coś się dzieje, że może Rosjanie się zbliżają. Ale ja byłam dzieckiem. Wszystko było w rękach moich braci - opowiada.

Kiedy wybuchło powstanie, getto zaczęło płonąć. To nie było tak, że trwała jakaś wielka bitwa. Było trochę granatów, butelki z benzyną, a Niemcy po prostu podpalali dom za domem. Był straszny upał. Wszystko się paliło - mówi.

Ucieczka przez kanały i dramatyczne rozstanie. "Mama powiedziała: ty idź, dziecko"

Najbardziej dramatyczny moment przyszedł, gdy trzeba było uciekać kanałami na aryjską stronę.

Był umówiony punkt kontaktowy z ŻOB-em. Mieliśmy wyjść włazem. Ale kiedy doszliśmy na miejsce, okazało się, że właz jest zalutowany. Niemcy musieli się zorientować - wspomina.

Rodzina musiała wrócić i szukać kolejnego wyjścia. Mój brat Jehuda znał kanały. To on nas prowadził. Ale mama i tata nie mieli już siły iść. Moja siostra powiedziała, że zostaje z nimi - opowiada.

Wtedy matka powiedziała do niej słowa, których nie zapomniała do dziś.

Mama powiedziała: ‘Ty idź, dziecko, idź z nimi, ja tu zostanę’. Ja zawsze mówię, że wtedy skazała mnie na życie - mówi.

Krystyna Budnicka zostawiła rodziców i siostrę w kanale. Już nigdy ich nie zobaczyłam. Zostali tam na zawsze - wspomina.

Z bratem i bratową dotarła do kolejnego włazu. Jehuda nas prowadził. Sam się topił w tych kanałach, ale wstawał i szedł dalej. Był bohaterem. Doprowadził nas do wyjścia. A potem sam zmarł po dwóch czy trzech dniach - mówi.

Nowe życie pod nowym nazwiskiem

Po aryjskiej stronie trafiła pod opiekę pana Budnickiego. Gdy po wybuchu Powstania Warszawskiego trzeba było ukryć ją wśród sierot prowadzonych przez siostry zakonne, padło pytanie o nazwisko.

Zakonnica zapytała mnie: ‘Jak ty się dziecko nazywasz?’. I wtedy przyszło mi do głowy jedyne nazwisko, jakie mogłam powiedzieć. Powiedziałam: Krysia Budnicka - wspomina.

Tak została Krystyną Budnicką. Od tego dnia już byłam Krystyną Budnicką. I tak zostało na całe życie - mówi.

Po wojnie została sama. Z mojej najbliższej rodziny nie ocalał nikt - wspomina.

Świadectwo i pamięć. "Kiedy mówię o nich, stawiam im pomnik"

Przez wiele lat nie opowiadała o wojnie. Nikt nie pytał. W domu dziecka wszyscy byli sierotami wojennymi. Każdy coś stracił. Dopiero kiedy wstąpiłam do Stowarzyszenia Dzieci Holocaustu, zaczęłam mówić - mówi.

Dziś uważa, że opowiadanie jest jej obowiązkiem, bo "to jest jedyna rzecz, którą mogę dać mojej rodzinie. Ja nie mam żadnych pamiątek, nie mam grobu. Kiedy mówię o nich, to ich widzę. I stawiam im pomnik - opowiada.

Krystyna Budnicka mieszka dziś nadal na Muranowie. Niedawno w Warszawie otwarto skwer imienia rodziny Kuczerów.

Chodzę tam. Nie jak na grób. To nie jest cmentarz. To jest miejsce pamięci - wspomina. I dodaje: Ja naprawdę nie wiem, jak to się stało, że żyję. W planie Hitlera byłam skazana na śmierć.

Powstanie w getcie warszawskim: Największy zbrojny zryw Żydów podczas II wojny światowej

Powstanie w getcie warszawskim wybuchło 19 kwietnia 1943 roku jako reakcja żydowskich formacji podziemnych na decyzję Niemców o ostatecznej likwidacji getta. Było to pierwsze miejskie powstanie w okupowanej Europie i największy akt zbrojnego oporu Żydów przeciwko nazistom podczas II wojny światowej.

Warszawskie getto, utworzone w październiku 1940 roku, było największym gettem w okupowanej Europie. Początkowo zamieszkało w nim około 138 tys. Żydów. W ramach tzw. Wielkiej Akcji latem 1942 roku, około 300 tys. osób wywieziono do obozu zagłady w Treblince, a na miejscu zamordowano ok. 10 tys. Żydów.

Powstańcy, głównie członkowie Żydowskiej Organizacji Bojowej (ŻOB) i Żydowskiego Związku Wojskowego (ŻZW), byli słabo uzbrojeni i liczebnie znacznie ustępowali niemieckim oddziałom. Przeciwko nim Niemcy skierowali ponad 2 tys. żołnierzy, używając ciężkiego sprzętu wojskowego. Walki trwały do 16 maja 1943 roku. Najcięższe boje toczyły się w rejonie ulic Zamenhoffa i Nalewek oraz na placu Muranowskim.

Pomimo heroicznej walki, powstanie zakończyło się klęską powstańców. Większość z ponad 56 tys. Żydów ukrywających się w getcie została zamordowana lub wywieziona do obozów pracy i zagłady. Po upadku powstania Niemcy niemal całkowicie zniszczyli teren getta, wysadzając m.in. Wielką Synagogę na Tłomackiem.

Spośród żydowskich bojowników powstanie przeżyło kilkudziesięciu, jednak większość zginęła w późniejszych walkach lub została zamordowana. Wojnę przeżyli nieliczni, w tym Icchak Cukierman i Marek Edelman.