"Zadzwonił lekarz, który robił sekcję zwłok i powiedział: Panowie, jest problem, mamy do czynienia z czymś makabrycznym. Powiedział, że jest to fragment ludzkiej skóry" - mówił w Radiu RMF24 Dariusz Nowak, były policjant, były rzecznik małopolskiej policji w rozmowie z Tomaszem Terlikowskim. Krakowski sąd okręgowy uznał Roberta J. winnym zabójstwa studentki Katarzyny Z. w głośnej i tajemniczej sprawie sprzed prawie 25 lat i skazał go na dożywocie. Katarzyna Z. zginęła w listopadzie 1998 r. Nie przyszła na spotkanie z matką, z którą umówiła się w Nowej Hucie po zajęciach na uczelni. Poszukiwania dziewczyny nie przyniosły rezultatu. W styczniu 1999 r. z Wisły wyłowiono fragmenty ludzkiej skóry. Badania wykazały, że były to właśnie szczątki zaginionej studentki.

REKLAMA

Tomasz Terlikowski: Naszym gościem w Radiu RMF24 jest Dariusz Nowak, były policjant, były rzecznik małopolskiej policji, który od samego początku był bardzo blisko tej sprawy. Był także jednym z pierwszych policjantów, którzy pojawili się na miejscu zbrodni. Jak pan zapamiętał ten dzień, to, co wtedy się wydarzyło?

Dariusz Nowak: To był styczeń 1999 roku, 23 lata temu. Najpierw był telefon do oficera dyżurnego. Zadzwonił kapitan barki, która pcha urobek czy piasek po Wiśle i powiedział, że coś się wciągnęło w śrubę tej barki. Powiedział dokładnie: "coś". Pojechaliśmy tam w pięciu i na pokładzie tej barki leżało coś, co faktycznie przypominało ludzką skórę, ale nie do końca. To mógł być także kawałek jakiegoś materiału lub guma.

Twoja przeglądarka nie obsługuje standardu HTML5 dla audio

Nowak: Robert J. pasował do portretu psychologicznego zabójcy

Podejrzewaliście, że to jest ludzka skóra? Rzeczywiście było takie wrażenie?

Tak, podejrzewaliśmy, że jest to ludzka skóra. Wszyscy byliśmy z pionu kryminalnego i takie rzeczy były dla nas - jakkolwiek to zabrzmi - czymś zwyczajnym. To, że tego typu rzeczy znajdowały się w Wiśle, nie było niczym dziwnym - były wypadki, były samobójstwa, Wisła od czasu do czasu wyrzucała podobne szczątki. Więc samo znalezienie skóry nie było jeszcze niczym nadzwyczajnym.

Rozumiem, że wyniki badań, które pojawiły się kilka dni później, były szokujące.

Dokładnie tak. Oczywiście rutynowo przekazaliśmy ten fragment skóry do Zakładu Medycyny Sądowej i kilka dni później zadzwonił lekarz, który robił sekcję zwłok i powiedział: "Panowie, jest problem, mamy do czynienia z czymś makabrycznym". Powiedział, że rzeczywiście jest to fragment ludzkiej skóry, ale skóry, która została precyzyjnie oddzielona od ciała. Że zrobił to ktoś, kto miał fachową wiedzę, czyli mógłby to być np. lekarz lub rzeźnik. Ktoś, kto świetnie posługiwał się skalpelem, bo wyglądało na to, że mógł być to albo bardzo ostry nóż, albo żyletka, albo właśnie skalpel. Wtedy rzeczywiście postawiło to nas wszystkich na nogi - nie tylko w Krakowie, nie tylko w Małopolsce, ale w całej Polsce, bo mieliśmy do czynienia z czymś, czego w powojennej historii Polski po prostu nie było. Zabójca nie tyle, że zabił, ale wyglądało na to, że ściągnął tę skórę - przynajmniej tak mówił lekarz - z człowieka w momencie, kiedy on jeszcze żył. Czyli oskórował człowieka tak, jak skóruje się zwierzę, chociaż zwierzę się wcześniej zabija. To była makabra.

Powiedział pan, że cała policja stanęła wówczas na nogi, ale jednak dość dużo czasu zajęło ustalenie sprawcy. Wprawdzie Robert J., który dziś został uznany winnym i skazany na karę dożywocia, pojawił się już na pierwszej stronie akt, które wtedy powstawały, jako podejrzany, ale bardzo długo nie udało się ustalić, czy to rzeczywiście on.

To prawda. Praktycznie przez wiele lat był on w kręgu podejrzanych. Był już w pierwszym tomie akt i pamiętam, że najpierw zrobiono spis ludzi, którzy mogli to potencjalnie zrobić. Było tam około 60 nazwisk. Prawdopodobnie dzielnicowy z tego rejonu, który znał go i jego przeszłość, wiedział, jak się zachowywał, przyniósł te informacje i powiedział, żeby go wpisać, bo według niego ten człowiek mógł to zrobić. I on znalazł się na tej liście. Był wielokrotnie sprawdzany, ale nigdy nie było jakiegoś punktu zaczepienia, dowodów na to, że on to zrobił. Idealnie pasował do sporządzonego portretu psychologicznego sprawcy. Natomiast nie było dowodów, że faktycznie to on zabił.

Jego obrońcy nadal twierdzą, że nie ma bezpośrednich dowodów i cały proces jest poszlakowy. Czy rzeczywiście jesteśmy już pewni, że ta sprawa została wyjaśniona, że ten wyrok dożywocia kończy to dramatyczne dla rodziny, ale przecież także dla ludzi, którzy uczestniczyli w tym postępowaniu, dochodzenie?

Musimy wziąć pod uwagę, że to jest wyrok pierwszej instancji. W Polsce jest dwuinstancyjność. Zobaczymy, co powie sąd, do którego z pewnością odwołają się obrońcy. Teoretycznie oczywiście nie kończy to sprawy. Jest to jakiś sygnał. Ja też czekałem z zaciekawieniem, bo kończąc swoją karierę w policji wiedziałem, że tych dowodów nie ma. Dzisiaj te dowody się pojawiły. Byłem ciekaw, jakie będzie uzasadnienie, czy sąd powie, jakiego rodzaju są to dowody albo też mocne poszlaki. Z tego co wiem, to uzasadnienie zostało utajnione i w dalszym ciągu nie wiemy, co przeważyło, i na podstawie jakich dowodów czy też poszlak ten człowiek został skazany.

Pojawiały się takie informacje, że są ślady biologiczne z jego mieszkania, a konkretnie z jego wanny. To pozwala przynajmniej założyć, że ciało zamordowanej osoby znajdowało się u niego w domu, co nie jest tylko poszlaką, ale dość mocną informacją.

Trudno na ten temat dyskutować. Też o tym słyszałem, że rozkuto wannę, flizy, które tam były. To byłby dowód rzeczywiście wprost. Natomiast kiedy prowadziliśmy jeszcze śledztwo, on miał altanę w zupełnie w innej części Krakowa. To był taki stary, drewniany budynek i wszystko wskazywało na to, że właśnie w tym budynku - on już nie istnieje - doszło do zabójstwa, więc teoretycznie nie mogło być ciała w jego mieszkaniu. Mówię "teoretycznie", bo przecież mógł je oczywiście przenieść. Mógł też przyjść, umyć się, prać swoje ubranie, dlatego ślady Katarzyny mogły być w jego mieszkaniu. Ale to są moje przypuszczenia.

Czy pana zdaniem czegoś jeszcze w tej sprawie nie wiemy, poza tym, że nie znamy uzasadnienia? Czy jest jeszcze jakaś tajemnica? Czy może okazać się, że zrobił to ktoś zupełnie inny?

Dopóki nie będzie ostatecznego prawomocnego wyroku, to oczywiście jest jakaś pewnego rodzaju niewiadoma. Myślę, że przez te lata zrobiono wszystko, co się dało, żeby tę sprawę wyjaśnić. Było powoływanie kolejnych ekspertów, biegłych, nawet i w którymś momencie przyjechali do Krakowa policjanci z FBI, oni ścigali takiego seryjnego zabójcę. Wtedy było 12 przypadków podobnych zbrodni jak ta w Krakowie. Sądzili oni, że ten człowiek może być tym seryjnym zabójcą, który krąży po świecie i zabija w taki makabryczny sposób. Potem się okazało, że nie, więc to jest sprawa bardzo tajemnicza. Ona stała się taką klasyką kryminalną nie tylko w Polsce, ale i na świecie.

Zbrodniarze, którzy dokonują takich zbrodni, często dokonują ich więcej niż raz. Tutaj mamy do czynienia tylko z jedną sprawą.

Do końca tak nie jest. Mógłbym się odnieść do sprawy Kajetana P. On zabił, bo chciał zobaczyć, jak umiera człowiek. To był pewnego rodzaju sposób doskonalenia się. Tutaj mogło być podobnie. Są ludzie, którzy chcą zabić, chcą spróbować. Jeśli po pierwszym zabójstwie to mu się po prostu nie spodoba, to następnego już nie ma. Określa się też, że przy seryjnych mordercach okres wyciszenia to mniej więcej 7 lat - czyli zabił, przez 7 lat jest spokojnie, a potem znowu coś w niego wstępuje i znowu zabija. W kryminalistyce nie ma jednej prostej reguły. To nie jest tak, że 2+2=4. Często jest to 5 lub 3. Oczywiście są różne przypadki. Tak jak każdy z nas jest inny, tak każdy zabójca jest inny, i to jest zwykle bardzo skomplikowane.

Opracowanie: Anna Helit