"Według jego matki, Raman Pratasiewicz jest w szpitalu w krytycznym stanie - choroba serca" - taki wpis opublikował na Twitterze Tadeusz Giczan, redaktor naczelny opozycyjnego białoruskiego portalu Nexta. Tym informacjom zaprzeczają białoruskie władze. Prorządowy białoruski kanał Telegram Żołtyje Sliwy opublikował nagranie wideo, na którym opozycjonista utrzymuje, że "jest dobrze traktowany". Pratasiewicz został w niedzielę zatrzymany po tym, jak białoruskie władze zmusiły do lądowania samolot Ryanaira.

REKLAMA

Tadeusz Giczan, redaktor naczelny opozycyjnego białoruskiego portalu Nexta, napisał na Twitterze, że Raman Pratasiewicz jest w szpitalu w krytycznym stanie z powodu choroby serca. Powołał się na informacje przekazane mu przez matkę opozycjonisty.

According to his mother, Roman Protasevich is in hospital in critical condition - heart disease. pic.twitter.com/5YKx3WLFyq

TadeuszGiczan24 maja 2021

Także wiceszef polskiego MSZ Paweł Jabłoński przyznał, że informacje nt. stanu zdrowia Pratasiewicza są bardzo niepokojące. Dostaliśmy sygnał ze strony matki Ramana Pratasiewicza, że jego sytuacja zdrowotna jest bardzo poważna - powiedział w programie "Fakty po Faktach" w TVN24 Jabłoński.

To jest bardzo niepokojące, zwłaszcza, że białoruscy opozycjoniści umierają w niewyjaśnionych okolicznościach w więzieniach - powiedział Jabłoński. Będziemy domagać się na Radzie Europejskiej natychmiastowych działań, aby strona białoruska zapewniła im należytą opiekę medyczną - dodał.

Matka Ramana Pratasiewicza, Natalla Pratasiewicz, powołuje się na "osoby z kręgów medycznych". Jak podkreśla, jej syn już wcześniej cierpiał na problemy z sercem.

Nagranie z Pratasiewiczem

Mińsk zaprzecza informacjom matki Pratasiewicza. Aresztowany Raman Pratasiewicz znajduje się w mińskim areszcie śledczym nr 1 i nie skarżył się na stan zdrowia - oświadczyła służba prasowa MSW.

Prorządowy białoruski kanał Telegram Żołtyje Sliwy opublikował natomiast nagranie wideo, na którym Pratasiewicz utrzymuje, że "jest dobrze traktowany".

Pratasiewicz informuje, że jest w areszcie nr 1 w Mińsku i nie ma żadnych problemów ze zdrowiem, a pracownicy traktują go dobrze i "zgodnie z przepisami". Współpracuję ze śledztwem i składam zeznania, przyznając się do organizowania zamieszek w mieście Mińsku - mówi Pratasiewicz.

Raman Pratasevich, obviously beaten, says Lukashenka's thugs treat him "correctly" and "lawfully". He is in the Minsk Detention Center #1. Terrifying video. pic.twitter.com/d7Iuj9X4MD

franakviacorka24 maja 2021

W internecie pojawiły się komentarze, że Pratasiewicz "jest zakładnikiem". Białoruskie władze często publikują nagrania, na których aresztowane osoby "przyznają się do winy", kajają się i wyznają, że zrozumiały swoje błędy.

Kim jest Raman Pratasiewicz?

26-letni Raman Pratasiewicz jest dziennikarzem i blogerem. W czasie protestów na Białorusi przebywał w Polsce, był jednym z redaktorów opozycyjnego kanału Nexta.

Pratasiewicz do jesieni ubiegłego roku był jednym z autorów prowadzonego w Telegramie opozycyjnego kanału Nexta, później dołączył do redakcji innego kanału - Białoruś mózgu (Biełaruś gołownogo mozga).

Białoruskie władze uznały działalność Nexty - popularnego kanału w Telegramie - za ekstremizm. Jego główny autor Sciapan Puciła od kilku lat mieszka w Polsce, gdzie studiował i przez pewien czas współpracował z telewizją Biełsat. Pratasiewicz w wywiadzie dla BBC mówił, że z obawy przed represjami również przeniósł się do Polski pod koniec 2019 r. Jesienią ubiegłego roku wyjechał na Litwę.

Obaj aktywiści są od listopada ubiegłego roku poszukiwani przez białoruskie organy ścigania. Wszczęto wobec nich kilka spraw karnych, w tym o wzniecanie nienawiści do władz i struktur siłowych, organizację zamieszek, organizację działań poważnie naruszających porządek publiczny.

Zarzucono im, że w internecie wzywali do protestów, blokowania dróg, strajków, "koordynowali" protesty, itd. Prokuratura Białorusi zwróciła się o ich wydanie do władz Polski.

W maju ojciec Pratasiewicza, który również przebywa na emigracji, znalazł się w grupie wojskowych pozbawionych przez prezydenta Łukaszenkę stopni wojskowych.

Puciła i Pratasiewicz zostali umieszczeni na sporządzonej przez Komitet Bezpieczeństwa Państwowego (KGB) liście osób "zaangażowanych w terroryzm".

Kanały Nexta i Nexta Live cieszyły się dużą popularnością w czasie masowych protestów przeciwko sfałszowaniu wyborów prezydenckich. W związku z blokadami internetu oraz stron internetowych mediów niezależnych opozycyjne kanały w Telegramie były wówczas głównym źródłem informacji o planowanych i już odbywających się akcjach protestów. Większość z nich władze uznały za "ekstremistyczne", a wobec ich autorów toczą się sprawy karne.

"Tutaj czeka mnie kara śmierci"

Pratasiewicz został zatrzymany w niedzielę na lotnisku w Mińsku. Wcześniej samolot Ryanair, którym leciał z Aten do Wilna, awaryjnie lądował w białoruskiej stolicy.

Władze Białorusi na polecenie Alaksandra Łukaszenki poderwały do cywilnej maszyny myśliwiec MiG-29, tłumacząc, że uczyniono to w celach "kontroli i ewentualnego udzielenia pomocy w lądowaniu".

Opozycja białoruska uważa, że była to operacja służb specjalnych, mająca na celu zatrzymanie Pratasiewicza.

Białoruskie media niezależne przytaczały relacje pasażerów lotu Ateny-Wilno.

W sumie żadnego incydentu nie było. Pilot ostro zmienił kurs. Powiedział, że potem wyjaśni, ale nie zrobił tego. Podczas lądowania widzieliśmy samochody straży pożarnej, policjantów (właśc. milicjantów), itd. Przyjechało bardzo dużo ludzi, nie było jasne, czego chcą - powiedział obywatel Litwy Mantos, którego wypowiedź cytuje Onliner.by.

Siedziałem z tyłu. Raman nagle wstał, wziął torbę, próbował komputer i telefon przekazać swojej dziewczynie. Zaczął krzyczeć do dziewczyny obok, że nie możemy wylądować w Mińsku" - dodał.

Onliner.by przytoczył również wcześniejszą relację jednego z pasażerów dla delfi.lt. Według niego Pratasiewicz miał powiedzieć, że grozi mu kara śmierci.

Naszą czwórkę wyprowadzili, psy wszystko obwąchały. Tego chłopca wzięli na bok i wytrząsnęli jego rzeczy. Zapytaliśmy go, co się dzieje. Powiedział, kim jest i dodał: "Tutaj czeka mnie kara śmierci". Był już spokojniejszy, ale się trząsł - mówił pasażer.