Steve Witkoff i Jared Kushner w niedalekiej przyszłości ponownie odwiedzą Moskwę, by spotkać się z Władimirem Putinem. Rozmowy mogą odbyć się jeszcze w styczniu - poinformowała agencja Bloomberga, powołując się na własne źródła. Nie jest jednak jasne, czy Putin zechce spotkać się z dyplomatami, bo wiele wskazuje na to, że rozmowy o pokoju w Ukrainie ugrzęzły w martwym punkcie. Do gry chce wejść także Unia Europejska. Kraje Wspólnoty naciskają na Brukselę, by ta wyznaczyła swojego przedstawiciela w negocjacjach z Kremlem.

REKLAMA

  • Wysłannicy Trumpa chcą zaangażować się w rozmowy z Rosją, ale Biały Dom zaprzecza planom spotkania z Putinem, głównie ze względu na ogromne różnice w stanowiskach dotyczących Ukrainy.
  • Rosja odrzuca plan pokojowy Trumpa, domaga się całkowitej kapitulacji Ukrainy w Donbasie i nie zgadza się na międzynarodowe siły rozjemcze, grożąc atakami na ewentualne kontyngenty.
  • Po więcej aktualnych informacji zapraszamy do RMF24.pl

Biały Dom zaprzecza, jakoby spotkanie Witkoffa i Kushnera z Putinem było planowane. Problemów z tym związanych jest kilka. Po pierwsze, nie ma jeszcze skonkretyzowanej koncepcji, czego rozmowy mogłyby dotyczyć. Rozbieżności na linii Moskwa-Kijów-Waszyngton są ogromne i bardzo trudne do przezwyciężenia - głównie ze względu na oporną postawę Rosji, która odrzuca plan pokojowy Trumpa i domaga się tego, co zawsze - bezwarunkowej i totalnej kapitulacji Ukrainy w Donbasie, ograniczenia ukraińskiej armii i wprowadzenia szeregu reform w kraju, które będą początkiem procesu wasalizacji Kijowa. Do tego Putin odrzuca możliwość ustanowienia międzynarodowych sił rozjemczych po zakończeniu wojny i konsekwentnie straszy Zachód atakami na ewentualny kontyngent tzw. koalicji chętnych.

Po drugie, sprawy komplikuje sytuacja w Iranie. Rosja systematycznie traci wpływy w regionach świata, w których od lat pracowała nad gospodarczo-wojskową współpracą, rozszerzającą strefę oddziaływań Moskwy. Po klęsce w Syrii i Wenezueli nadszedł decydujący czas dla władz w Teheranie, które na razie zajmują się krwawym tłumieniem ogromnych protestów w kraju, gdzie kryzys gospodarczy osiągnął apogeum. Stany Zjednoczone w osobie Trumpa zapowiedziały wsparcie dla demonstrantów. Ryzyko wybuchu poważnego zbrojnego konfliktu na Bliskim Wschodzie znowu niepomiernie wzrosło.

Po tym, gdy Ukraina, Europa i USA ogłosiły, że są na finiszu rozmów o gwarancjach bezpieczeństwa dla Kijowa, wojska Rosji zwiększyły tempo ataków na ludność cywilną, przeprowadzając całą serię uderzeń dronowych i rakietowych na Ukrainę i pozbawiając setki tysięcy Ukraińców ogrzewania w porze mrozów.

Na początku stycznia w rzadkim momencie krytyki Trump przyznał, że "nie jest zachwycony" postawą Putina. W przestrzeni publicznej pojawiły się doniesienia o przygotowaniach w USA nad nową ustawą sankcyjną wobec Rosji, ale prezydent Stanów Zjednoczonych wysyła mieszane sygnały i nie jest jasne, czy zdecyduje się podjąć bardziej radykalne kroki wobec Rosji.

Kijów żywi nadzieję, że porozumienia dotyczące gwarancji bezpieczeństwa zostaną sfinalizowane w trakcie Światowego Forum Ekonomicznego w Davos pod koniec stycznia. W szczycie wezmą udział przedstawiciele Europy i Donald Trump.

Ostatnia wizyta Kushnera (zięcia Trumpa) i Witkoffa w Moskwie nie przyniosła przełomu, mimo że spotkanie z Putinem trwało prawie pięć godzin. Zarówno strona amerykańska, jak i rosyjska określiły rozmowy jako "produktywne".

Unia Europejska chce wejść do gry

Zaczęło się od Emmanuela Macrona. Prezydent Francji mimochodem wspomniał, że Europa musi zacząć rozmawiać z Kremlem, by obronić stanowisko UE wobec Ukrainy. W sukurs Macronowi przyszła premier Włoch. Giorgia Meloni przyznała, że nadchodzi właściwy moment na wznowienie dialogu z Kremlem. W Paryżu i Rzymie nie ma naiwnych.

Francuzi i Włosi wiedzą, że zaangażowanie w rozmowy pokojowe nie przyniesie wstrząsającego rezultatu, ale dotychczasowy brak zaangażowania - wymuszony w znacznej mierze twardą postawą USA i Rosji, które chciały rozstrzygać o wojnie w Europie w relacjach bilateralnych - przesunął interesy krajów Unii Europejskiej na margines.

Jak informuje Politico, rządy państw europejskich wywierają obecnie presję na Brukselę, by wyznaczyć własnego przedstawiciela w rozmowach o Ukrainie. Francja i Włochy miały skonsolidować koalicję wokół tego pomysłu - poparli go przedstawiciele Komisji Europejskiej i kilku innych krajów UE.

Celem będzie walka o utrzymanie czerwonych linii, kluczowych dla Europy w negocjacjach. Mowa w głównej mierze o zabezpieczeniu przyszłego członkostwa Ukrainy w NATO. To sprawa kluczowa z kilku powodów - po pierwsze, przesuwa Kijów w kierunku Zachodu, wyciągając Ukrainę ze strefy rosyjskich wpływów. Po drugie zabezpiecza potencjalną decyzyjność w sprawie rozszerzania Sojuszu, na wypadek, gdyby Stany Zjednoczone - co kilkukrotnie było sugerowane - wycofają się z roli kraju przywódczego.

Niezamykanie ukraińskiej drogi do NATO jest ważne także z tego powodu, że pokazuje jedność państw Paktu Transatlantyckiego w kontekście rosyjskich żądań i nierozszerzaniu Sojuszu. Sytuacja, w której Moskwa decyduje, kogo do NATO można przyjąć, a kogo nie, jest jednym z najbardziej niedorzecznych pomysłów Kremla - lecz niestety, poważnie rozważanych przez negocjatorów.

Są pewne kwestie, których nie można omawiać (tylko) z USA, gdy mają one bezpośredni wpływ na nasze bezpieczeństwo jako Europejczyków. Przesłanie do Waszyngtonu jest równie ważne, jak do Moskwy - mówi Politico anonimowy, wysoki rangą francuski urzędnik. Inni podkreślają, że Trump będzie rozmawiał z Putinem niezależnie od wszystkiego. Europa musi postawić na własne kanały komunikacyjne.

Z kim mam rozmawiać w Europie?

Niestety problem w Europie leży tam, gdzie zwykle i można go zobrazować ironicznym komentarzem amerykańskiego dyplomaty Henry'ego Kissingera, który komentując brak spójnego ośrodka decyzyjnego na Starym Kontynencie, pytał: z kim mam rozmawiać, do kogo mam dzwonić w Europie?

W samej UE nie panuje zgodność, co do sensu i skali pomocy niesionej Ukrainie. Nie ma także konsensusu, co do wyznaczenia osoby odpowiedzialnej ewentualnie za kontakty z Kremlem. Wymienia się Kaję Kallas, wysoką przedstawicielkę UE ds. zagranicznych. Rzecz w tym, że była premier Estonii jest zagorzałą zwolenniczką Ukrainy i Putin mógłby nawet nie wyrazić chęci na rozmowę z nią. W grę wchodzi także Ursula von der Leyen, ale wówczas weszłaby w kompetencje Kallas. Każdy inny wybór z aktualnych wysokich urzędników UE wydaje się niedość wystarczający, by prowadzić rozmowy na najwyższym szczeblu.

Politico wymienia jeszcze dwie postaci, które wydają się dość realistycznymi kandydaturami na "unijnego specjalnego wysłannika do Moskwy". Mowa o Mario Draghim, byłym premierze Włoch i prezydencie Finlandii Aleksandrze Stubbie, który ma tę ogromną zalete, że gra w golfa i nawiązał dzięki temu przyjazne stosunki z Donaldem Trumpem - to nie żart. Dodatkowo Finowie od dawna ze względu na położenie geograficzne wiedzą bardzo dużo o potencjalnym zagrożeniu z Rosji i wiedzą także, jak z nim walczyć.

Jak podaje Politico, dwóch urzędników podkreśliło, że na razie żadne stanowisko specjalnego wysłannika nie istnieje, a rozmowy o kandydatach są "przedwczesne". Trzecie źródło potwierdziło te słowa, dodając: stanowisko nie istnieje, dopóki nie zostanie utworzone.