Meksykański kierowca Red Bulla od dłuższego czasu znajduje się w ogniu krytyki. Nie dowozi do mety punktów, na których tak zależy jego pracodawcy. Wprawdzie Red Bull już zapewnił sobie tytuł drużynowego mistrza świata, ale chciałby jeszcze, by Sergio Perez został wicemistrzem w klasyfikacji indywidualnej.

REKLAMA

Perez w Formule 1 jeździ od 2011 roku. Po dwóch latach spędzonych w Sauberze i roku w McLarenie, trafił do ekipy Force India. Ta w międzyczasie kilkukrotnie zmieniała właściciela i nazwę. Była jednak domem dla Pereza aż do 2020 roku. W sezonie rozegranym w pierwszym roku pandemii, gdy wiele wyścigów było odwołanych, Meksykanin punktował niemal w każdym starcie. W drugiej części sezonu wielokrotnie dojeżdżał w pierwszej piątce.

Niesamowita pogoń

Przedostatni wyścig sezonu zdecydował o przyszłości Pereza - walka o punkty podczas Grand Prix Sakhiru przeszła do historii Formuły 1. Kierowca Racing Point wypadł z toru w czwartym zakręcie już na pierwszym okrążeniu. Zderzył się wówczas z Maxem Verstappenem i Charlesem Leclerciem. Musiał zjechać do boksu. Po wyjeździe z alei serwisowej był ostatni. 86 okrążeń później wjeżdżał na metę jako pierwszy. Wygrał swój pierwszy wyścig w karierze. W klasyfikacji generalnej zajął 4. miejsce i w rezultacie trafił do Red Bulla w miejsce Alexa Albona.

Perez podpisał umowę obowiązującą do końca 2024 roku. Miał być drugim kierowcą w zespole, mocno wspomagającym Holendra, Maxa Verstappena. To też miało być widoczne w klasyfikacji generalnej - Red Bull miał być mistrzem świata konstruktorów, a jego kierowcy dwoma najlepszymi kierowcami świata.

Ciągle czegoś brakuje

Plan ten wypalił częściowo. W 2021 roku Max Verstappen został mistrzem świata, wyrwał ten tytuł z rąk Lewisa Hamiltona w ostatnim wyścigu sezonu, ale drużynowe mistrzostwo trafiło do Mercedesa. (choć tu trzeba oddać, że gdyby nie manewry Meksykanina na torze, dzięki którym Holender zbliżył się do Lewisa Hamiltona, to właśnie Brytyjczyk cieszyłby się ze zwycięstwa). Perez skończył czwarty w generalce. Rok później Red Bull został mistrzem w klasyfikacji konstruktorów, Verstappen obronił tytuł, ale Meksykanin zajął dopiero (wg standardów Red Bulla) trzecie miejsce klasyfikacji generalnej.

Początek obecnego sezonu był bardzo obiecujący. W pierwszych pięciu wyścigach 33-latek dwukrotnie wygrywał i dwukrotnie był drugi. Środek sezonu był już mniej udany. Dziewięć kolejnych wyścigów to tylko cztery miejsca na podium. Kryzys zaczął się w połowie września od Grand Prix Singapuru. Perez dojechał ósmy. Kolejnego wyścigu - o Grand Prix Japonii - nie ukończył. W Katarze zajął dopiero 10. miejsce.

Fatalna forma Pereza to nie tylko wyścigi, ale też kwalifikacje. Meksykański kierowca wielokrotnie miał problem, żeby zakwalifikować się do Q1, czyli do pierwszej dziesiątki. Kilkukrotnie w tym sezonie kończył kwalifikacje już po pierwszej z trzech sesji.

Verstappen nie do dogonienia

To wszystko stoi w kontraście do Maxa Verstappena, który wygrał w tym roku aż 14 wyścigów - w tym 10 z rzędu. Oczywiście, punktowali też rywale za plecami Pereza. Lewis Hamilton z Mercedesa zbliżył się do niego na zaledwie 30 punktów. Do końca sezonu zostało jeszcze 5 wyścigów i Meksykanin już pod koniec października - w swoim domowym wyścigu - może spaść na trzecie miejsce w generalce.

I to budzi niepokój w Red Bullu. Szef zespołu Christian Horner powiedział niedawno, że drużyna desperacko potrzebuje powrotu Pereza do formy.

Wiemy, jakie możliwości ma Sergio i wiemy, że tej chwili zupełnie nie pokazuje tego, na co go stać - mówił Horner, który ma też nadzieję, że najbliższe wyścigi pozwolą Meksykaninowi odbić się od dna.

Mamy start w Meksyku, do tego dwa wyścigi w USA, to domowa publiczność. Tam dostanie dużo wsparcia i mam nadzieję, że odzyska pewność siebie, której teraz mu tak bardzo brakuje - zakończył szef Red Bulla.

W znacznie ostrzejszym tonie wypowiada się doradca Red Bulla do spraw motorsportu, Helmut Marko. 80-latek powiedział jasno: Perez potrzebuje zmiany zespołu.

Jest kryzys, ale nie ma lekarstwa

Wszyscy jesteśmy świadomi, że Sergio jest w kryzysie. Podobną sytuację przerabialiśmy już z Pierrem Gaslym, który jeździł u boku Maxa Verstappena. Teraz zespół nie krytykuje Pereza. Ten musi wycisnąć z samochodu absolutnie wszystko - powiedział Marko, który ma największy wpływ na sprawy kontraktowe w Red Bullu.

Austriacki zespół nie ma jednak wielkiego pola manewru, jeśli chodzi o kierowców, którzy mogliby zastąpić Pereza w przyszłym sezonie. Forma Daniela Ricciardo, który jest rezerwowym, jest wielką niewiadomą. Australijczyk dochodzi do siebie po operacji złamanego nadgarstka. Na razie wsiada tylko za kierownicę symulatora.

W rodzinie Red Bulla są jeszcze kierowcy z zespoły Alpha Tauri. Tam jednak także próżno szukać kandydata do drużyny mistrza świata. Japończyk Yuki Tsunoda jest przymierzany w przyszłości do Aston Martina, z kolei Australijczyk Liam Lawson ma jeszcze zbyt małe doświadczenie w Formule 1.

Dwóch mistrzów

Helmut Marko powiedział jednak, że widzi jedną osobę, która mogłaby trafić do Red Bulla i jeździć u boku Verstappena: Do tempa Maxa w tej chwili mógłby się zbliżyć tylko Fernando Alonso.

Kontrakt z Aston Martinem byłego hiszpańskiego mistrza świata wygasa w 2025 roku.