Odwołane loty i niepewność co do dalszego rozwoju wojny w Iranie powodują u podróżnych uwięzionych na lotniskach rosnący lęk. Każda kolejna godzina wzmacnia ich poczucie bezradności - podkreśla psycholog biznesu prof. Andrzej Falkowski z Uniwersytetu SWPS w Warszawie.
- Więcej aktualnych informacji z Polski i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl. Bądź na bieżąco.
Eskalacja konfliktu na Bliskim Wschodzie i zamknięcie części przestrzeni powietrznej sprawiły, że tysiące Polaków oraz dziesiątki tysięcy turystów z całego świata utknęły na lotniskach regionu. Jak poinformował w poniedziałek rzecznik MSZ Maciej Wewiór, Polska jest przygotowana na różne scenariusze, a w resorcie od kilku dni działa zespół kryzysowy.
Najważniejsza informacja jest taka, że nie ma żadnych informacji, aby jakikolwiek nasz obywatel ucierpiał - podkreślił.
W związku z atakami USA i Izraela na Iran oraz odpowiedzią Teheranu, w tym ostrzałami i atakami dronowymi, sytuacja w części państw regionu pozostaje niestabilna. Wszystkie zorganizowane grupy turystyczne opuściły Izrael drogą lądową, a Polacy wyjeżdżają także z Jordanii. W krajach Zatoki Perskiej - jak zaznaczył rzecznik MSZ - najbezpieczniej jest obecnie pozostać na miejscu i stosować się do zaleceń lokalnych służb.
Zdaniem prof. Andrzeja Falkowskiego, psychologa biznesu, sytuacja osób uwięzionych na lotniskach to szczególny rodzaj doświadczenia psychologicznego. To jest stan zawieszenia. Ci ludzie nie są ani w domu, ani u celu podróży. Znajdują się w przestrzeni przejściowej, a każda kolejna godzina wzmacnia poczucie bezradności - mówi.
Jak wyjaśnia, kluczowym mechanizmem jest utrata poczucia kontroli.
My funkcjonujemy, przewidując rzeczywistość i działając w oparciu o schemat przyczynowo-skutkowy. Gdy to znika, pojawia się silne poczucie braku kontroli. A to jedna z najbardziej niekomfortowych sytuacji dla człowieka - podkreśla.
Według profesora, w takich warunkach ludzie uruchamiają mechanizmy obronne polegające na "organizowaniu chaosu".
Badania pokazują, że gdy eksperymentalnie odbiera się ludziom poczucie kontroli, zaczynają dostrzegać sensowne wzory w chaotycznych bodźcach. Tworzą porządek nawet tam, gdzie go obiektywnie nie ma. To próba odzyskania kontroli - wskazuje.
Falkowski zaznacza, że osoby, które utknęły w strefie zagrożenia, będą próbowały odzyskać kontrolę nawet symbolicznie.
One muszą ją mieć. Jeżeli nie mogą realnie wpłynąć na sytuację, będą starały się ją zrozumieć po swojemu, tworzyć quasirozwiązania, narracje, które pozwolą im poczuć, że coś zależy od nich - wyjaśnia.
Jednocześnie pojawia się zjawisko paraliżu decyzyjnego. To sytuacja potwornie niekomfortowa. Człowiek nie wie, co robić, bo każda opcja wydaje się ryzykowna. Ale długotrwały bezruch jest jeszcze trudniejszy psychicznie, więc ludzie zaczynają organizować sobie życie tu i teraz - zaznacza ekspert.
Odwołuje się przy tym do doświadczeń z okresu pandemii. Gdy samoloty nie odlatywały, turyści organizowali sobie życie na lotniskach czy w hotelach. Tworzyli grupy, wspierali się. To naturalna reakcja - mówi.
Zdaniem psychologa w sytuacjach ekstremalnych częściej dominuje mechanizm grupowania się niż agresja. W takich momentach uruchamia się instynkt stadny. Sytuacje graniczne paradoksalnie zbliżają ludzi. Jeden pomaga drugiemu, pojawia się współdziałanie. Agresja bywa wygaszona, bo wspólnym celem staje się przetrwanie - ocenił.
Prof. Falkowski podkreśla, że kluczowa staje się obecność lidera. Psychologia społeczna pokazuje, że działamy w strukturach hierarchicznych. Lider, który wzbudza zaufanie, może uspokoić emocje i nadać kierunek działaniu - wskazał.
Pytany, jak powinien zachować się naturalny lider w zestresowanym tłumie, prof. Falkowski odpowiada, że "najważniejsze jest osłabienie lęku. Lęk napędza panikę. Jeśli go stonujemy, zaczynamy zachowywać się racjonalnie".
Według niego skuteczną strategią jest przesunięcie uwagi. Trzeba skierować świadomość na coś innego niż źródło zagrożenia. Zająć ludzi prostymi aktywnościami, rozmową, nawet grą w brydża. To nie jest ucieczka od problemu, tylko sposób ochrony zdrowia psychicznego - zaznacza.
Psycholog nie wyklucza, że część osób może doświadczyć trwałych konsekwencji psychicznych, jak na przykład zespół stresu pourazowego (PTSD). Może dojść do reakcji traumatycznych, silnych procesów depresyjnych. Niektórzy mogą potem bać się latać, a nawet wychodzić poza swoją strefę bezpieczeństwa - powiedział.
Zaznacza jednak, że wiele zależy od struktury osobowości, zwłaszcza poziomu lęku jako cechy osobowościowej. Osoby o wysokim poziomie lęku będą przeżywać to znacznie silniej. U nich proste strategie odwrócenia uwagi mogą nie wystarczyć - ocenił.
W jego opinii po powrocie do kraju kluczowa będzie uważna obserwacja stanu psychicznego. Rodzina powinna zwrócić uwagę, czy dana osoba funkcjonuje normalnie. Większość wróci do równowagi, ale część może potrzebować wsparcia specjalisty - powiedział.
Prof. Falkowski, pytany o praktyczne rady dla osób przebywających na lotniskach w zagrożonym regionie, wskazał na znaczenie codziennych czynności. Należy zająć się zwykłymi sprawami: gdzie coś zjeść, gdzie odpocząć, co kupić. Wejść w rytm miejsca, które - mimo kryzysu - nadal funkcjonuje. Przestać koncentrować się wyłącznie na tym, że "muszę odlecieć" - podkreśla.
Pomocne może być poznawcze przeformułowanie sytuacji. Można potraktować to jako nieplanowaną przygodę życiową, a nie katastrofę. Ja nie wiem, co będzie jutro, ale wiem, co robię dziś. Taka postawa znacząco obniża napięcie - zaznacza.
Według psychologa kluczowe jest ograniczenie ekspozycji na niezweryfikowane informacje i katastroficzne scenariusze. W podobnym tonie wypowiadał się rzecznik MSZ, apelując o korzystanie wyłącznie ze sprawdzonych źródeł oraz ostrzegając przed "kanapowymi ekspertami".
Jeżeli przez kilka dni utrzymujemy maksymalny poziom lęku, to po powrocie możemy potrzebować już pomocy psychiatrycznej. Dlatego tak ważne jest jego bieżące obniżanie - podsumowuje Falkowski.