"Kraków jest miastem mojego ojca, moich stryjów, mojej rodziny. Jest też moim miastem - kiedy byłem w trudnej sytuacji, musiałem uciekać przed Niemcami, to uratowałem się właśnie w Krakowie. Jestem tu, gdzie trzeba. Cieszę się bardzo, że Łódź jest reprezentowana w Krakowie przez artystów, którzy tyle serca włożyli w "Ziemię Obiecaną"" - powiedział reporterce RMF FM Katarzynie Sobiechowskiej-Szuchcie Andrzej Wajda, gość festiwalu Off Plus Camera, którego film zaprezentowano w nowej, cyfrowo odnowionej wersji. Reżyser przyznał, że obecnie sytuacja młodych twórców jest o wiele trudniejsza niż kilkadziesiąt lat temu: "Dziś młody człowiek robi film i nie wie, czy on wejdzie na ekrany, kiedy wejdzie, kto go będzie oglądał" - stwierdził.

REKLAMA

Katarzyna Sobiechowska-Szuchta: Panie Andrzeju, ma pan swoich ukochanych aktorów tutaj na spotkaniu, wszystkich twórców filmu "Ziemia Obiecana". Jest pan Witold Sobociński (autor zdjęć do "Ziemi Obiecanej" - przyp. red.), są scenografowie. Jakie to są emocje?

Andrzej Wajda: Ja jestem bardzo wzruszony, dlatego że kino to jest takie zjawisko chwilowe. Jedne filmy odnoszą sukces, drugie nie. Te, które odnoszą sukces i są ważne, zostają gdzieś w filmotece narodowej, tamte gdzieś przepadają w ogóle, jakby nigdy nie były zrobione. Proces cyfrowej rekonstrukcji daje szansę, że te filmy, które w jakiś sposób kiedyś zainteresowały widzów i odegrały jakąś rolę, że one pozostaną nie tylko niezmienione, ale ulepszone. Muszę powiedzieć, że jak się patrzy na to, z jaką precyzją pojawia się obraz na ekranie, to on nie był taki.

No właśnie. Pan Witold Sobociński mówi, że miał taki pomysł, ale nie miał wtedy takich możliwości. Ale pomysł był.

Oczywiście. Jeżeli to nie są ciekawe zdjęcia, to one nie zrobią się ciekawe przez sam fakt, że się je przenosi na cyfrę. Ale przez fakt, że się je przenosi na cyfrę, pojawiają się szczegóły, które dawniej mało były widoczne. To odgrywa pewną rolę. Jest więcej do oglądania w tych filmach, a równocześnie one wracają do świadomości widowni, tej właśnie, która uważa film za swoją sztukę. To jest młodzież. Te filmy - mówię o polskich produkcjach - wyznaczają jakieś kryteria możliwości filmu. Jeżeli się ogląda te filmy i dziś się robi film, to nie można uważać, że się tamtych filmów nie widziało i że kino zaczyna się od nowa. Kino się nie zaczyna od nowa. Od nowa to myśmy zaczynali w 1945 roku, jak zrobiła "Ostatni etap" Wanda Jakubowska, jak zaczynał robić swój film Ford, jak nasi pierwsi koledzy starsi zaczęli robić filmy swoje tuż po wojnie, a potem polska szkoła filmowa. Nie udawaliśmy niczego. Naszym wrogiem było kino przedwojenne. Ale nasi koledzy młodsi nie mogą powiedzieć, że ich wrogiem jest polska szkoła filmowa. Polska szkoła filmowa daje im szanse, żeby szli dalej, zrobili coś więcej, szukali dla siebie jakiejś i formy, i tematów, dlatego że tym właśnie się polska szkoła filmowa odróżniła, że nagle pojawiły się nowe tematy i nowa możliwość połączenia się z widownią, która oczekuje czegoś. Myślę, że oni powinni rozumieć, że z tej kinematografii wychodzą.

Nasi koledzy młodsi nie mogą powiedzieć, że ich wrogiem jest polska szkoła filmowa.

Wspomniał pan o młodych ludziach. Chciałam zapytać o młodych filmowców. Na festiwalu Off Plus Camera w Krakowie jest też dziesięciolecie pana szkoły, Mistrzowskiej Szkoły Andrzeja Wajdy. Panie Andrzeju, pomysł jest taki: od pomysłu, do realizacji? Tego pan uczy.

Ja uczę tego, czego się sam nauczyłem. W długim okresie, kiedy realizowałem filmy w poprzednim systemie, byłem w kilku zespołach filmowych. One były najbardziej oryginalnym i najbardziej skutecznym sposobem przemienienia kinematografii. Polegały na tym, że wiodącą postacią nie jest producent, który trzyma pieniądze. Oczywiście, że to była jednak zupełnie inna sytuacja, cała kinematografia była finansowana z pieniędzy publicznych. Kierownik artystyczny zajmował się tym, jak zrealizować film, a nie tym, jak pozyskać środki na ten film. Poza tym nie stał przed nami wielki problem, który dziś jest problemem numer jeden - zrobisz film, no ale jak go wepchniesz do kina? Musiałbyś mieć dwa razy tyle pieniędzy, żeby go wylansować na tyle, żeby trafił do kin. A tych drugich pieniędzy już zwykle nie ma. My nie mieliśmy tych problemów. Każdy film, który był zrealizowany, jeśli tylko cenzura nie położyła łapy na nim, wchodził do kina normalnie i konfrontował się z widownią. Co było dalej? Za mojej młodości, to się dzisiaj może wydawać nieodparcie śmieszne, ale bilet do kina kosztował troszkę więcej niż dwa pudełka zapałek.

Za mojej młodości bilet do kina kosztował troszkę więcej niż dwa pudełka zapałek.

A dzisiaj tyle, co trzy pudełka papierosów.

W dodatku jeszcze to była jedyna rozrywka taka powszechna. W związku z tym kino było tym miejscem, gdzie wszyscy się spotykali i my konfrontowaliśmy nasze filmy z widownią. Dziś młody człowiek robi film i nie wie, czy on wejdzie na ekrany, kiedy wejdzie, kto go będzie oglądał. Jest w o wiele trudniejszej sytuacji.

Motywem przewodnim rozmowy i dzisiejszego dnia jest "Ziemia Obiecana". Gdzie jest pana ziemia obiecana? Jest takie jedno miejsce, dwa, trzy? Japonia, Kraków...Takie ulubione miejsce, ulubiony kraj?

Moje ulubione miejsce to Kraków. Inaczej bym tu nie przyjechał. Wie pani, Kraków jest miastem mojego ojca, moich stryjów, mojej rodziny. Jest też moim miastem - kiedy byłem w trudnej sytuacji, musiałem uciekać przed Niemcami, to tu się uratowałem, właśnie w Krakowie. Wie pani, dlaczego przeżyłem wojnę? Dlatego, że musiałem studiować w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Wiedziałem, że to moje przeznaczenie, tylko po to żyłem przez całe pięć lat wojny, żeby przyjechać do Krakowa i zapisać się na ASP. Tak się stało. Jestem tu, gdzie trzeba. Cieszę się, że mój dawny, stary film o Łodzi, żałuje że nie o Krakowie, chociaż nie ma takiej powieści. Chociaż nie. Myślę, że serial "Z biegiem lat, z biegiem dni" troszkę wypełnił moje zobowiązanie wobec Krakowa. Cieszę się bardzo, że Łódź jest reprezentowana w Krakowie przez artystów, którzy tyle serca włożyli ten film.