Węgry nie poprą wspólnego stanowiska Unii Europejskiej w sprawie przyszłości Grenlandii. Podczas wizyty w Czechach minister spraw zagranicznych Węgier Peter Szijjarto złożył jasną deklarację.
- Minister spraw zagranicznych Węgier Peter Szijjarto oświadczył, że Budapeszt nie poprze wspólnego stanowiska UE w sprawie Grenlandii, bo konflikt między USA a Danią "nie jest kwestią Unii Europejskiej".
- Szijjarto podkreślił, że sprawa Grenlandii powinna zostać rozwiązana dwustronnie przez USA i Danię, bez angażowania całej wspólnoty europejskiej.
- Jak wygląda obecnie sytuacja na samej Grenlandii - dowiesz się z tego z poniższego tekstu.
- Więcej informacji z kraju i ze świata znajdziesz na stronie głównej rmf24.pl
Szef węgierskiej dyplomacji odniósł się do narastającego napięcia między Stanami Zjednoczonymi a Danią. Jak podkreślił, Europa nie powinna ingerować w ten konflikt.
Uważamy, że to jest kwestia dwustronna, którą można rozwiązać poprzez rozmowy między stronami. Nie sądzę, żeby była to kwestia UE - powiedział Szijjarto podczas briefingu w Pradze.
Stanowisko Budapesztu stoi w sprzeczności z planami Brukseli - Unia Europejska przygotowuje bowiem wspólne oświadczenie w sprawie przyszłości Grenlandii.
Do sprawy odniósł się przewodniczący Rady Europejskiej Antonio Costa, pisząc w mediach społecznościowych, że kraje UE jednomyślnie popierają Danię i Grenlandię oraz są gotowe "bronić się przed wszelkimi formami przymusu". Coraz więcej wskazuje na to, że Węgry wyłamią się z tego konsensusu.
Deklaracja Szijjarto padła dzień po zapowiedziach prezydenta USA Donalda Trumpa. Amerykański przywódca ogłosił, że od 1 lutego 2026 r. 10-procentowym cłem na wszystkie towary wysyłane do Stanów Zjednoczonych zostaną objęte m.in. Dania, Norwegia, Szwecja, Francja, Niemcy, Zjednoczone Królestwo, Niderlandy oraz Finlandia.
Groźba ta skłoniła Unię Europejską do rozważenia działań odwetowych. W grę wchodzi nałożenie ceł na amerykańskie produkty o łącznej wartości 93 mld euro.
Równolegle Dania wzmacnia swoją obecność militarną na Grenlandii. Duńskie siły zbrojne poinformowały, że na wyspę kierowani są kolejni żołnierze wojsk lądowych. Część z nich przyleciała w poniedziałek do stolicy Grenlandii - Nuuk - rejsowym samolotem z Kopenhagi. Duńscy mundurowi są już widoczni na ulicach miasta.
Według źródeł duńskiej telewizji TV 2 na Grenlandię udaje się również dowódca wojsk lądowych generał Peter Boysen. Na wyspie jest to komentowane jako sytuacja nietypowa - oficerowie tej rangi rzadko odwiedzają Arktykę.
Duńska armia opublikowała w mediach społecznościowych zdjęcia żołnierzy szkolących się w ekstremalnych warunkach. Jak podkreślono, działają oni "na mrozie, w śniegu i na wietrze". Dodano również: "Arktyczny chłód - to wiele wyzwań, to zupełnie inne warunki niż te, do których przywykli".
Od ubiegłego tygodnia w Nuuk oraz w Kangerlussuaq, około 300 kilometrów na północ od stolicy Grenlandii, trwa operacja "Arctic Endurance". Jej celem - jak zaznacza duńskie wojsko - jest wzmocnienie północnej flanki NATO. Wkład duńskich żołnierzy określany jest jako "znaczący".
W ostatnich dniach swoich oficerów wysłały tam również m.in. Szwecja, Norwegia, Francja, Wielka Brytania oraz Niemcy. Żołnierze Bundeswehry opuścili jednak Grenlandię po zaledwie dwóch dniach.
Administracja Donaldta Trumpa coraz śmielej mówi o przejęciu Grenlandii od Danii. Donald Trump zapowiedział w sobotę nałożenie ceł na Danię oraz inne europejskie państwa, które wysłały wojska na Grenlandię. Rząd w Kopenhadze pozostaje w sporze dyplomatycznym z Waszyngtonem w związku z roszczeniami amerykańskiego prezydenta wobec Grenlandii, będącej terytorium zależnym Danii.
Obecnie Dania utrzymuje na wyspie około 250-300 żołnierzy podporządkowanych Dowództwu Arktycznemu w Nuuk. Jednostka dysponuje m.in. elitarnym Patrolem Syriusz (Sirius), wykorzystującym sześć psich zaprzęgów do patrolowania ogromnych obszarów w skrajnie trudnych warunkach. Na Grenlandii funkcjonuje także amerykańska baza wojskowa Pituffik, działająca na mocy amerykańsko-duńskiego porozumienia z lat 50.