"Runął nam świat" - mówią Polacy, którzy zdecydowali się żyć na Bliskim Wschodzie. Często wyjechali tam wiele lat temu do pracy - mają mieszkania, swoje życie. Nie wyjechali tam dwa dni przed rozpoczęciem konfliktu, gdy obowiązywały ostrzeżenia. Dziś często są obiektami krytyki, żartów, a nawet hejtu. Oskarżani są o bezmyślność. "Kiedy tu przyjechaliśmy, było bezpiecznie, pracowaliśmy w Warszawie. Mąż otrzymał propozycję pracy w Dubaju. Przemyśleliśmy to i skorzystaliśmy z tej oferty. Przez lata mieszkaliśmy spokojnie. Aż do teraz" - mówi w rozmowie z korespondentem RMF FM Pawłem Żuchowski pani Agata, która od 9 lat mieszka w Dubaju. Ma dwójkę dzieci. "Wyjechaliśmy do Dubaju, tak jak inni emigrują do innych miast na świecie" - podkreśla.

REKLAMA

  • Bądź na bieżąco. Po więcej aktualnych informacji z kraju i ze Świata zapraszamy na stronę główną RMF24.pl.

Paweł Żuchowski, RMF FM: Pani Agato, ta sytuacja zmieniła wasze życie i postawiła pytanie: co dalej? Bo sytuacja na Bliskim Wschodzie mocno odbija się także na życiu tych, którzy zdecydowali się przenieść do Dubaju i tam zamieszkać.

Twoja przeglądarka nie obsługuje standardu HTML5 dla audio

Polacy z Dubaju dla RMF FM: Runął nam świat

Pani Agata: Panie Pawle, jak pan mnie pyta o przyszłość, to ja dziś nie jestem w stanie powiedzieć nic konkretnego. Żyjemy dosłownie z dnia na dzień. Było bezpiecznie, żyliśmy swoim własnym życiem. I to się skończyło. Na tę chwilę jesteśmy w domu i jest spokojnie, natomiast co będzie dalej, nie jestem w stanie odpowiedzieć. Trochę nam runął świat. Tak jak pan powiedział - jesteśmy tutaj 9 lat, więc przeżyliśmy już sporo. Przeżyliśmy tutaj cały ten okres covidowy. I od zeszłej soboty runął nam dosłownie świat. Było pięknie, ale ta bajka powoli zaczyna się przeradzać w nieprzyjemny sen.

Jeżeli myślicie o przyszłości, to co przychodzi wam do głowy? Bo sytuacja może nieprędko się skończyć.

To jest bardzo ciężkie pytanie, bo zadajemy je sobie od pierwszego dnia. Na początku były bardzo duże emocje, też nakręcane przez media i przez sam fakt huków, alertów, coś, czego nie przeżyliśmy do tej pory. Po dwóch-trzech dniach sytuacja się opanowała. Tu władze są bardzo spokojne, więc to też nas uspokaja. Tak jak mówiłam: my przeżyliśmy tutaj Covid i naprawdę zaufanie, komunikacja i zapewnienia o naszym bezpieczeństwie do nas trafiają. Pierwsze momenty były takie bardzo nerwowe, natomiast tych huków już nie słychać, a to było najstraszniejsze.

Przyznam szczerze, że ktoś, kto tego nie przeżył, to chyba nie potrafi sobie tego wyobrazić. Szczególnie w tak bezpiecznym miejscu. Bo Dubaj nam się wydawał do tej pory bardzo bezpiecznym miejscem, mimo że oczywiście też wiedzieliśmy o tym, że ten konflikt lada chwila wybuchnie. Zresztą jeszcze w sobotę nasi przyjaciele planowali wyjazd do nas i my ich wstrzymaliśmy. Trochę mówiliśmy: poczekajmy, aż pójdzie to w jedną lub w drugą stronę. No i poszło w tą, w którą nie chcieliśmy, żeby poszło, więc wiedzieliśmy. Ale tak jak mówię, w najgorszych naszych przemyśleniach i naszych rozmowach nie wyobrażaliśmy sobie tych pierwszych chwil. Potem, jak te najmocniejsze emocje opadły, to teraz jest pytanie: co dalej? My nie wiemy, panie Pawle, co dalej, bo nie wiemy, kiedy to się skończy. Na tę chwilę dzieci mają ferie dwa tygodnie, więc nie chodzą do szkoły. Oczywiście, nie mają też szkoły online. Mój mąż w poniedziałek wrócił do biura, tak jak zresztą zdecydowana większość ludzi, którzy tutaj mieszkają. Niby żyjemy normalnie, ale w bardzo nienormalnych okolicznościach.

Dubaj miał być miejscem do życia, trochę rajem, trochę jakąś egzotyką, ale też był takim normalnym kierunkiem emigracji - jak Polacy emigrują do USA, jak niektórzy emigrują do Wielkiej Brytanii, mieszkają w Londynie. Dubaj miał być tym waszym nowym miejscem. Dlaczego akurat wybraliście Dubaj?

To trochę Dubaj wybrał nas. Szczerze mówiąc, pojawiła się oferta pracy dla mojego męża. Obydwoje zawodowo pracowaliśmy w korporacjach w Warszawie i jak się pojawiła ta perspektywa - mój mąż dostał propozycję pracy - to usiedliśmy, porozmawialiśmy i podjęliśmy decyzję o wyjeździe. To nie było tak, że jakoś specjalnie celowaliśmy akurat w to miejsce. Spakowaliśmy się i przyjechaliśmy. Też chciałabym właśnie odczarować to, że to nie jest tak, że tutaj w Dubaju wszyscy są tylko dlatego, że nie pracują i są influencerami na Instagramie, jeżdżą fantastycznymi samochodami, mieszkają w pięknych domach, willach - nie.

Tutaj ludzie mieszkają całkowicie normalnie, pracują, chodzą do pracy, dzieci chodzą do normalnych szkół. Oczywiście z przekrojem całego świata, od kultury, po też ten status finansowy. Ale naprawdę to nie jest tak, że - tak jak pan słusznie zauważył - tutaj przyjeżdżali szczególnie te lata temu Polacy, którzy akurat wyemigrowali, a nie w jakieś inne miejsce. Są normalnymi pracownikami - zostali specjalistami, dostali jakąś ofertę pracy i zdecydowali się tu przyjechać.

Bo dzisiaj właśnie o Polakach, którzy są w Dubaju, mówi się trochę jako o osobach nierozsądnych, które pojechały, mimo ostrzeżeń. A nie możemy zapominać o tym, że są tam ludzie, którzy wyjechali dawno temu, kiedy sytuacja była inna. Oczywiście Bliski Wschód od dawna jest beczką prochu, ale przecież tam ludzie podróżowali, wyjeżdżali. To nie jest tak, że złamali ostrzeżenia. Wasz przypadek: dziewięć lat w Dubaju.

I my nie jesteśmy z najdłuższym stażem tutaj, także to jest zdecydowanie krzywdzące. Szczególnie jak się czyta komunikaty czy polityków, czy dziennikarzy również na temat tego, że to jest ta grupa, która żyła sobie w Dubaju na jakimś niewiarygodnie wysokim poziomie, a teraz wielkie zdziwienie, że jest wojna i latają rakiety nad głowami. tak nie jest. Żyjemy tutaj, jak każda inna rodzina.

Czy zastanawialiście się może w rozmowach z mężem, czy wracać, czy zostać?

To jest o tyle ciężkie, że oczywiście każda rodzina podejmuje tą decyzję dzisiaj w swoim gronie i na pewno w każdym domu jest taka rozmowa. Ale trzeba mieć też na uwadze, że jakiś staż życia jest już tutaj. My już jesteśmy tutaj kawał czasu. Moje dzieci to miejsce traktują jak swój dom. Tu się wychowały, znają tylko to życie. Gdyby to zagrożenie wzrosło i byśmy uznali, że to jest ten moment, to bez chwili wahania pakujemy walizkę, plecak i wracamy. Ale na tą chwilę podjęcie tej decyzji, nie jest takie proste, jak się ludziom by wydawało. To jest tak, jakby pan z dnia na dzień musiał rzucić pracę, zostawić swoich przyjaciół, zostawić swój dom i po prostu przenieść się z powrotem do Polski. Może to jest nawet złe określenie, bo dla moich dzieci to ta Polska, to są wakacje. To są dziadkowie, to jest rodzina, ale to nie jest dom. Więc dylemat jest.

Jak wielu Polaków może być w podobnej sytuacji jak pani rodzina? Takich, które mieszkają w Dubaju na stałe, którzy wyjechali do pracy i ułożyli tam sobie życie.

Myślę, że to są tysiące rodzin. Nie powiem panu, jakie są statystyki. Dwa-trzy tysiące rodzin w tym momencie. Może trochę mniej. Trzeba by to zweryfikować.

Czy można powiedzieć, że wam wszystkim po prostu świat runął? Nie tylko runął świat ludziom na Bliskim Wschodzie, którzy tam się urodzili i mieszkają, ale i Polakom, którzy zdecydowali się żyć po prostu w tym rejonie.

Myślę, że zdecydowanie to jest dobre określenie na tą chwilę. Cały czas jesteśmy pełni nadziei i - tak jak też mówiłam - tutaj retoryka naszych polityków, czyli tych z UAE jest taka, że oni nie chcą wojny - to nie jest ich wojna. My nie chcemy tego konfliktu, my się póki co bronimy i jakby jest duży nacisk do tego, żeby wrócić do tej przestrzeni dyplomacji. Nas bardzo mocno trzyma ta nadzieja przy życiu. Jak to się potoczy, to chyba nikt dzisiaj na całym świecie nie ma bladego pojęcia.

Kiedy teraz rozmawiamy i wygląda pani za okno, co pani widzi? Spokój? Jakiś niepokój? Latające rakiety? Czy dziś ten krajobraz jest inny niż ten sprzed kilku dni?

Mam przed oknem podwórko, boisko z dziećmi biegającymi i grającymi w piłkę, jeżdżącymi na skuterkach, motorkach. I to jest niesamowite. Nawet jak wieczorem czy w ciągu dnia wyjdziemy na spacer, jest taki niepokój. Mam ten niepokój non stop, mam ściśnięte serce, kulę w żołądku, nawet jak się bawię z dziećmi albo coś organizujemy, jemy posiłki, to i tak ta kula jest. Ale ludzie próbują żyć. Proszę też wziąć pod uwagę, panie Pawle, że w Dubaju są ludzie, którzy uciekli już od jakichś wojen. Tu są Syryjczycy, Palestyńczycy, tu są ludzie z Libanu, tu są dzieci, które już jakieś wojny i rakiety nad głową przeżyły. Koledzy z klasy mojego syna opowiadają o tym, że oni już to widzieli. Dla nich to jest nowość, ale dla tych niektórych dzieciaków to jest trauma, do której oni nie chcieli wracać, a są zmuszani do tego, żeby to kolejny raz oglądać.

Nie chcę panią pytać o sprawy polityczne, bo nie jest pani politykiem, ale z tego, co pani słyszy: co mówią ludzie, jak to może się potoczyć? Czy to się skończy wkrótce? Co mówią ludzie na miejscu?

Myślę, że ludzie mieszkający w Dubaju bardzo mocno wierzą w to, że to się szybko skończy. Ci, którzy zostali, naprawdę mają nadzieję, że to się szybko skończy.

Dubaj był takim miejscem trochę magicznym. Przynajmniej tak można było wyczytać z tych wszystkich komentarzy ludzi, którzy tam byli. Czy sądzi pani, że to, co się wydarzyło nieco ponad tydzień temu, sprawi, że Dubaj nie wróci w najbliższych miesiącach, latach już do tego swojego turystycznego statusu?

No właśnie, panie Pawle, to jest pierwsza rzecz, którą widać, bo turystów nie ma, a ja mam przyjaciółkę - Polkę, która jest przewodniczką po Dubaju. Jej praca na tę chwilę nie istnieje. Nie ma wycieczek, a więc w hotelach jest to samo. Hotele nie funkcjonują przy takim obłożeniu jak normalnie, a praktycznie w zasadzie nie funkcjonują. Turystyka to będzie taka gałąź, która po prostu najbardziej ucierpi i najszybciej. A proszę wziąć pod uwagę, że to są ludzie, którzy naprawdę tutaj przyjechali i utrzymują pełne rodziny. Pakistan, Filipiny- to są ludzie, którzy tutaj przyjechali za czymś lepszym. I to są ludzie, którzy najbardziej ucierpią.

Kiedy rozmawialiśmy o tym, że być może warto porozmawiać o Dubaju, kiedy pani miała ten moment na zastanowienie się, czy chce pani powiedzieć o perspektywie Polki mieszkającej w Dubaju to pisała mi pani poprzez media społecznościowe o tych obawach i o tym, co pani czyta w internecie, o tym hejcie, o tej krytyce Polaków. Daliśmy sobie kilka dni na to, żeby się pani zastanowiła, czy chce pani o tym opowiedzieć. Co by pani chciała powiedzieć Polakom, tym, którzy być może będąc w różnych miejscach i w Polsce, i na świecie tak łatwo krytykują tych, którzy wyjechali na Bliski Wschód? Nie mówię o tych, którzy mimo ostrzeżeń pojechali tam dwa dni przed wybuchem wojny , ale tych, którzy po prostu wybrali sobie Dubaj za miejsce do życia.

Wie pan co? Nie czuję się na siłach, żeby przekonywać kogoś do moich wyborów czy do wyborów innych Polaków, którzy tutaj są. To jest każdego indywidualna decyzja. Każdy, jeżeli byłby na naszym miejscu, dostałby propozycję pracy, podjąłby inną decyzję to ja też bym to szanowała. I wydaje mi się, że takie przekonywanie kogoś do tego, że ja tu żyję normalnie, to i tak nie da tego pełnego obrazu tej drugiej stronie, do tego jak to wygląda.

Bo to jest też takie trochę polskie, prawda? Że jak weszliśmy do Unii Europejskiej, to Polacy jeździli do Anglii, wyjeżdżali do Stanów Zjednoczonych i to wyglądało dokładnie tak samo, że nagle ktoś ze Stanów w jakiejś miejscowości przysyła pieniądze do swojej rodziny. Po prostu lubimy trochę temu sąsiadowi tak dogadać albo trochę pogadać o tym, że dlaczego on ma lepiej.

Dla mnie jest to przerażające, że ludzie sobie nie zdają sprawy z tego, czym jest wojna tak naprawdę i jakie to jest. Nie mówię, że ja jestem ekspertem w tej dziedzinie, bo póki co jeszcze na szczęście nie jestem, ale jak można oceniać, czy śmiać się, wyszydzać kogoś, kto wybrał życie tutaj? I tak jak pan podkreśla: nie mówimy o osobach, które faktycznie dwa dni wcześniej przyjechały, bo był tani hotel albo tani lot, tylko kogoś, kto już żyje tutaj długi czas. W takiej perspektywie, że gdzieś jest zagrożone jego życie, a mówimy naprawdę o jakimś poważnym konflikcie, a nie o czymś, co jest błahostką. Więc, wracając do pana pytania: nie czuję się na siłach, żeby kogoś przekonywać do tego, czy mi się ta krytyka należy, czy nie. Ja uważam, że się nie należy ani mnie ani tym pozostałym Polakom i Polkom, i rodzinom, które tutaj są. To jest zdecydowanie niesłuszna krytyka.

Na koniec tej rozmowy chciałbym panią zapytać o to, czego można wam życzyć? Bo kiedy składa się komuś życzenia, to życzy się najczęściej zdrowia, szczęścia. Czy dla was teraz najlepsze są życzenia po prostu bezpieczeństwa i unormowania tej sytuacji, żeby na Bliskim Wschodzie zwyciężyła zwyciężyła dyplomacja? Bo teraz wszyscy patrzą na to, że czas wznowić rozmowy dyplomatyczne, by ten konflikt zażegnać.

To są piękne życzenia. I to jest coś, co naprawdę chciałabym, żeby się bardzo szybko spełniło. Żeby to się skończyło na etapie takim, na jakim jest, a nie poszło dalej, bo to by było bardzo niepokojące.

Pani Agato, zatem życzę, by na Bliskim Wschodzie zapanował pokój i żebyście tam byli po prostu bezpieczni mogli żyć. Bez krytyki, bez hejtu, bez komentowania tego, że wybraliście życie po prostu tam.

Dziękuję pięknie, panie Pawle.