119 dni zajęła Markowi Kamińskiemu wędrówka historyczną Drogą św. Jakuba do hiszpańskiego Santiago de Compostela. Podróżnik przeszedł 4130 kilometrów. Wyruszył 16 marca z Kaliningradu. Wędrował przez Polskę, Niemcy, Belgię oraz Francję i dotarł na hiszpański Koniec Ziemi, czyli półwysep Finisterra. Kamiński, jako pierwszy, zdobył oba bieguny Ziemi w ciągu jednego roku bez pomocy z zewnątrz. Tym razem jego celem był "3Biegun". Czy udało się go znaleźć? "Tak, jest nim ludzkie serce. To właśnie ludzie są solą Camino de Santiago. Przez ostatnich 10 lat nie poznałem chyba tylu ludzi tak blisko" - mówi w rozmowie z RMF FM. Na trasie przeżył wiele kryzysów. "Było znużenie, zmęczenie, wysiłek. Padałem, ale podnosiłem się i szedłem dalej" - dodaje po powrocie do Polski.

REKLAMA

Michał Rodak: "To nie tak że zdobywamy biegun. To raczej on pozwala się zdobyć" - to jedno z haseł projektu "3Biegun". W przypadku tej wędrówki właśnie tak było?

Marek Kamiński: To była jednak bardzo ciężka droga. Wyruszając miałem całkiem inne wyobrażenie. Jest tak, że to nie my ją tworzymy, tylko ona jakby stwarza nas. Wyznacza swoją logikę i jeżeli jej się poddamy, będziemy z nią w harmonii, możemy ją przejść i szukać pewnych celów.

Przed wędrówką pytałem, co jest w niej dla pana najważniejsze - czy np. samotność, czy może spotkania z ludźmi. Odpowiedział pan, że przekona się o tym dopiero po zakończeniu. Co wysunęło się na główny plan?

To ludzie byli solą tej drogi. Okazało się, że nie ma czasu na kontemplację. Było znużenie, zmęczenie, wysiłek. Ale jeśli chodzi o ludzi - to się potwierdziło. Te spotkania, to że mogłem mówić po francusku, angielsku, niemiecku, włosku... Język jest kluczem do duszy, do drugiego człowieka. Dzięki językom mogłem rzeczywiście być z innymi ludźmi. Granice, które wyznacza nam język, są granicami naszego świata.

To były nie tylko spotkania w dziesiątkach miast od Polski po Hiszpanię. Często ktoś spontanicznie dołączał do pana na trasie. Udało się spotkać także pielgrzymów, których celem było Santiago?

Oczywiście, to jest też historia Camino, że są inni pielgrzymi i czasami idzie się razem - dzień, dwa, trzy dni. Poznałem po drodze wielu niesamowitych ludzi. Myślę, że te kontakty pozostaną. Chyba przez ostatnich 10 lat życia nie poznałem tylu osób tak blisko. Spotyka się w życiu wielu ludzi, ale te spotkania na Camino były bardzo osobiste. Może to się przekształci w przyjaźń.

To byli różni wędrowcy. Część z nich przechodziła ten główny szlak, 800 kilometrów drogi francuskiej - Camino Frances z Saint Jean Pied de Port. Niektórzy szli 300 kilometrów, niektórzy 1600, ale to nie ma takiego znaczenia. Ważne, że jest się na tej drodze i jest się razem.

Któreś z odwiedzonych na trasie miejsc szczególnie pan zapamięta?

Ważniejsi byli jednak ludzie. Wrażenia estetyczne nie były tu na pierwszym planie. Najbardziej estetycznym wrażeniem jest dusza drugiego człowieka. Spotkania z ludźmi były tym meritum, ale oczywiście - była Galicja, Pireneje też były niesamowite.

Mówił pan, że tym trzecim biegunem, którego pan szuka na Camino, jest coś "między wiarą rozumem, coś więcej niż logika i umysł". Udało się to znaleźć?

Tak, udało się. Tym trzecim biegunem jest właśnie ludzkie serce.

Jak fizycznie zniósł pan tę wędrówkę? Były kryzysy?

Były, oczywiście, ale dałem radę. Można powiedzieć, że padałem, podnosiłem się i szedłem dalej. Tych kryzysów było dużo. Każdy dzień był kryzysem. Nie było łatwych dni na tej drodze. Ostatecznie pokonałem 4130 kilometrów...

Mając to doświadczenie, ma pan jakieś rady dla osób, które marzą o przejściu Camino de Santiago?

Trzeba po prostu iść (śmiech). Można się przygotować biegając, pływając... Ja przygotowywałem się biegając codziennie 10 kilometrów. Chyba właśnie bieg jest tutaj najlepszym treningiem. Ogólne wskazówki można znaleźć w internecie. Jest dużo książek o Camino. Jedyną radą ode mnie jest to, że jeśli człowiek ma taki wewnętrzny głos, przekonanie, że chce przejść Camino, to warto po prostu to zrobić.

Jedna z tradycji Camino to zostawienie na szlaku kamienia zabranego ze sobą na starcie. Gdzie zostawił pan swój?

Miałem dwa kamienie - jeden z domu, drugi z Jerozolimy, w której byłem przed Camino. Oba wrzuciłem do Atlantyku w Finisterrze, czyli na półwyspie nazywanym Końcem Ziemi.

I udało się zakończyć wędrówkę kąpielą w oceanie?

Też się udało. Może nie do końca była to kąpiel, bo woda była zimna, ale zanurzyłem stopy. Mam też swoją muszlę z Finisterry.

Teraz czas na odpoczynek, a niedługo powstanie film. Reżyser Jan Czarlewski był ze mną przez część trasy. Myślę, że w grudniu będzie gotowa całość pod tytułem "Droga szaleńców".