Po wieczornym spotkaniu władz partii wicepremiera Gowina nie jest jasne, kto właściwie kieruje partią. Kuriozalne jest już samo niezwrócenie uwagi na to, że kadencja prezesa upłynęła w kwietniu 2018, kolejne szczegóły możliwego rozłamu kompromitują Porozumienie jeszcze bardziej.

REKLAMA

Wczoraj poszerzony zarząd zawiesił w prawach członka Adama Bielana i kilku innych członków partii. Powodem miało być wielokrotne łamanie przez niego statutu partii i powszechne identyfikowanie go jako członka Prawa i Sprawiedliwości, a nie właśnie Porozumienia.

Zapomnieli wybrać prezesa

Stronnicy Bielana ujawnili z kolei, że sam Jarosław Gowin nie może partią kierować, ponieważ jego trzyletnia kadencja jako prezesa upłynęła kilka lat temu. Gowin został na tę funkcje wybrany w 2015, a ponownego, wymaganego przez statut wyboru prezesa nie przeprowadzono w 2018. Pół roku wcześniej odbył się kongres nadzwyczajny, prowadzony przez Marka Zagórskiego, który o konieczności przeprowadzenia wyborów pamiętał, ale niedługo później odszedł z partii. Od tego czasu jej członkowie najwyraźniej o wymaganym przez statut wyborze prezesa - do wczoraj - zapomnieli.

Gowin - uzurpator?

Po zakończeniu kadencji prezesa partią ma wg statutu kierować szef jej konwencji krajowej, którym jest właśnie Adam Bielan. Europoseł nazywa dziś założyciela partii uzurpatorem, i twardo twierdzi, że Jarosław Gowin nie jest prezesem Porozumienia od kwietnia 2018 r., bo formalnie ostatni raz został wybrany w 2015 r., a kadencja trwa trzy lata.

Bielan został wprawdzie wczoraj zawieszony miażdżącą przewagą głosów poszerzonego Prezydium Zarządu, jednak niemal natychmiast sąd koleżeński partii to właśnie jemu powierzył kierowanie partią, stwierdzając niemożność wykonywania mandatu prezesa przez Gowina. Jak zwykle bywa w podobnych sytuacjach, ta decyzja sądu została natychmiast oprotestowana przez przeciwników Bielana stwierdzeniem, że sąd, który odwołał przewodniczącego odbył się bezprawnie.

Sytuacja w Porozumieniu poza oczywistymi walorami humorystycznymi nie pozwala jeszcze mówić o wyklarowaniu się. Wzajemnie oskarżenia i odmawianie sobie prawa do reprezentowania partii są jednak klasycznymi objawami prowadzącymi do rozłamów, co może potwierdzić każdy obserwator sceny politycznej - od przypadków KPN po Nowoczesną.

Bielan - wicepremier?

Konsekwencje obecnych wydarzeń mogą być poważne. Gdyby spór o władzę w partii wygrał Bielan, to właśnie on więc, zgodnie z przyjętym zwyczajem, jako lider partii powinien zostać reprezentującym ją w rządzie wicepremierem. Jarosław Gowin wydaje się jednak wystarczająco silny, żeby zachować wpływy, pozwalające na odejście z partii i utworzenie nowej. To z kolei mogłoby oznaczać konieczność zawarcia nowej umowy koalicyjnej, już nie trzech, ale czterech ugrupowań Zjednoczonej Prawicy. To z kolei wymuszałoby nowy polityczny podział wpływów i stanowisk w rządzie. Większa liczba członków koalicji wywołałaby też większą skłonność do podkreślania różnic między nimi, słowem - czekałoby nas potężne przetasowanie wśród rządzących.

Zapewne dlatego PiS liczy jedynie na komunikat o opanowaniu sytuacji, wszystko jedno czy przez Gowina, czy Bielana, zapewne stawiając na tego drugiego, znacznie sobie bliższego. Nie brak też głosów, że za "wrogim przejęciem" Porozumienia stoi prezes Kaczyński, zirytowany często odrębnym zdaniem Gowina. W odróżnieniu od hałaśliwego Zbigniewa Ziobry Gowin działa raczej dyskretnie, ale za to znacznie skuteczniej.

Kuriozalny ciąg wydarzeń w rządzącej większości dzieje się właśnie na naszych oczach. Na razie bez wyrazistego efektu. Może poza pojawiającą się potrzebą zmiany nazwy partii, w której się to odbywa, z Porozumienie na NIEporozumienie.