Kiedy stoi na mojej ulicy, wokół gromadzi się tłumek gapiów. Przybysze z Ameryki i z Nowej Huty wzdychają i fotografują czarne Maserati telefonami komórkowymi. Taki wózek kosztuje z pół miliona.

REKLAMA

Za przednią szybą ma plakietkę z wózkiem dla inwalidów. Moja znajoma żebraczka zza rogu, która uważnie obserwuje życie ulicy twierdzi, że właściciel wcale nie jest kaleką i wygląda na okaz zdrowia. Może żebraczka się myli, a może facet jest tak zaradny, że stać go nie tylko na ten piękny wózek, ale i na znaczek, dzięki któremu nie musi wydawać drobnych na parkowanie w strefie.

Zaradnością przewyższa go inny facet z wózkiem, którego obserwuję czasem przez okno. Jego wózek jest dwukołowy, z dyszlem. Ciągnie na nim powiązane sznurkami piramidy lodówek i kuchenek. Ciężko pracuje na powszedni chleb. Stały i płynny.

Jeden i drugi nie mogą się jednak równać zaradnością ze mną: ojcem małego dziecka. Pchanie wózka przez miasto, to dopiero jest wyzwanie! Po pierwsze samochody bywają zaparkowane na chodnikach tak, że nie zostawiają miejsca na przejazd. Po drugie, krawężniki, schody i schodki zmuszają do ćwiczeń siłowych i to z dodatkowym utrudnieniem: bo przecież z wózka nie może wypaść pasażer. Najgorzej jest ze sklepami. W niektórych jednoczesna obecność schodka, samozamykających się drzwi i bramki na złodziei uniemożliwia dostanie się do wnętrza bez zewnętrznej pomocy. Stoję więc z wózkiem i błagalnie patrzę na wchodących i wychodzących, starając się wyglądać możliwie wzruszająco, ale zwykle upływa kilka minut zanim ktoś pomoże.

Ojciec z wózkiem widocznie nie wzbudza litości. Co innego samo dziecko. Wciąż przekonuję się, że dla przemożnej części kobiecej połowy społeczeństwa facet oznacza zagrożenie dla zdrowia a nawet życia malucha.

"Co on taki mocno zawinięty tym kocykiem?"

"Owinąć trzeba kocem, bo na plecki zawiewa."

"Naciągnij pan mu czapkę na uszka, bo dostanie zapalenia."

"Czapka i dwa kapturki, musi mu być za gorąco w główkę."

"Wyżej tę budkę pan da, bo bidusi słońce świeci na oczka."

"Niech pan wolniej po tej kostce jedzie, bo przecież się trzęsie za bardzo."

Upominają mnie sąsiadki, ekspedientki, sprzedawczynie obwarzanków, matki, babcie, policjantki, strażniczki miejskie, prawniczki, właścicielki firm, studentki i prostytutki. Jedyny wyjątek stanowią zakonnice, ale zapewne nie pouczają w sprawach dziecinnych tylko dlatego, że zabrania im tego stosowna reguła.

Najbardziej niebezpieczne są te panie, które nie ograniczają się do interwencji werbalnej. Przez jedną z nich mój dzieciak mógł nawet zamarznąć. Kobieta ta, widocznie sądząc że zamierzam zmitrężyć w sklepie odzieżowym tyle czasu co ona, uznała że przez te pięć kwadransów śpiąca malizna się przegrzeje. W chwili mojej nieuwagi, nie mogąc powstrzymać chęci ratowania dzieciątka przed facetem, czyli rodzicielskim kretynem, rozpięła małemu niepostrzeżenie kurtkę i bluzę. Minutę później wyszedłem ze sklepu i dopiero po kilkuset metrach pchania wózka po ostrym mrozie, stwierdziłem ze zgrozą, że chłopak ma brzuszek na wierzchu.

Oto siła stereotypów. Wiem, że seksizmu nie zwyciężę, płciowej dyskryminacji nie pokonam. Ale nie poddaję się. Dla bezpieczeństwa dziecka postanowiłem: nie będę facetem z wózkiem.

Peruka zimą nawet jest praktyczna, ale ten makijaż to prawdziwe utrapienie...