Ministrowie zebrani wczoraj w Brukseli po burzliwych debatach zdecydowali o rozdziale 66 tys. uchodźców i migrantów. Gwałtowna dyskusja zaowocowała groźnym precedensem, jakim jest złamanie zasady jednomyślności w sprawach istotnych dla narodowej suwerenności. To wysoka cena, jaką przyszło zapłacić całej Unii Europejskiej. Ta decyzja będzie długo wpływała negatywnie na stosunek społeczeństw do UE. Narzucanie decyzji demokratycznie wybranym rządom, wbrew artykułowanej także w sondażach woli większości obywateli, znacząco poszerzy szeregi eurosceptyków. Nie tylko w Europie Środkowej, ale zapewne także np. w Wielkiej Brytanii, co jest szczególnie istotne w kontekście nadchodzącego referendum o jej członkostwie w Unii.

REKLAMA

Czy płacąc tak wysokie koszty polityczne, uzyskano w zamian rozwiązanie problemu? Niestety nie. Liczba 66 tys. osób, które zostaną poddane relokacji, jest śmiesznie niska w porównaniu z rzeczywistym strumieniem migrantów docierających do Europy: do samej Chorwacji w ciągu ostatniego tygodnia napłynęło około 40 tys. ludzi. W trakcie spotkania nie doszło do ustaleń na temat sposobów mierzenia się z problemem usuwania przyczyn napływu uchodźców. Takie zresztą było założenie - ministrowie spraw wewnętrznych mieli decydować o relokacji uchodźców, nie o powstrzymaniu ich napływu. Jednak nawet ta kwestia nie została w praktyce rozwiązana. Dlatego należy postrzegać wczorajszą decyzję jako początek politycznej batalii o politykę migracyjną, a nie jej koniec.

Kraje Grupy Wyszehradzkiej nieumiejętnie rozgrywały swoje karty. Ich postulaty zostały w większości nieuwzględnione, a już od kilku tygodni do krajów tych przylepiona została łatka ksenofobicznych i niesolidarnych. Zostały zepchnięte do defensywy przez stojących na pozycji fałszywej moralnej wyższości Niemców i Austriaków. Nie potrafiły zaprezentować alternatywnej narracji i kreatywnego sposobu radzenia sobie z problemem. Dał o sobie brak koordynacji: Polska mówiła: "nie chcemy przyjąć, ale jesteśmy solidarni", Czechy i Węgry starały się wskazywać na konieczność pomocy na Bliskim Wschodzie, a Słowacja, poza twardym "nie", nie komunikowała się w ogóle. Szkoda, że zamiast kolejnych spotkań w Pradze, mających koordynować sprzeciw na forum unijnym, ministrowie Grupy Wyszehradzkiej nie udali się np. do Jordanii czy Libanu z konkretnym planem pomocy dla syryjskich uchodźców i krajów ich goszczących. Taki czytelny sygnał woli pomocy nie rozwiązałby problemu, ale wskazał reszcie UE właściwy kierunek działania. Zarazem ograniczyłby straty wizerunkowe krajów Wyszehradu.

Aktualny stan europejskiej gry politycznej w sprawie migrantów jest więc niezachęcający. Ostatnie wypowiedzi kanclerz Merkel, pokazują, że okopała się ona na pozycji oglądu kryzysu migracyjnego jedynie z perspektywy humanitarnej - jako kwestii moralnej. W wypowiedziach tych pobrzmiewa granicząca z religijną wiara, że misją Niemiec - i Europy - jest przyjmowanie wszystkich potrzebujących. Z drugiej strony mamy polityków takich jak premierzy Fico czy Orban, którzy z równą żarliwością deklarują, że będą bronić swoich społeczeństw przed islamizacją. Z perspektywy Niemiec język Europy Środkowej jest niepoprawny politycznie i ksenofobiczny. Z perspektywy Europy Środkowej, komunikaty Niemiec są naiwne i zagrażające bezpieczeństwu.

Polska znalazła się w trudnej sytuacji, jednak nie sądzę, że wyłamanie się z szeregu głosujących było istotne. Wszakże arytmetyka pokazywała, że wokół Grupy Wyszehradzkiej nie zebrała się wystarczająca liczba krajów, by sformować mniejszość blokującą. Nie należy jednak wieszczyć końca Grupy Wyszehradzkiej. W sprawach postrzegania migracji jesteśmy sobie nadal bliscy. Ostatnie sondaże wskazują, że polskie społeczeństwo zdaje się podzielać diagnozę swoich sąsiadów z południa: o tym, że masowy napływ migrantów muzułmańskich źle wpłynie na nasz kraj. Z drugiej strony, w odróżnieniu od mniejszych krajów Europy Środkowej, Polacy zdają się mieć świadomość, że sama negacja nie rozwiąże problemu. Chcąc realizować skutecznie swoje postulaty, musimy być zdolni do przekonania także innych państw do poparcia naszego stanowiska. Dlatego też w nadchodzących miesiącach Polska dyplomacja będzie musiała wykazać się najwyższym kunsztem: trzeba będzie pokazać, że obawy Europejczyków przed migracją są uzasadnione, a wola pomocy potrzebującym nie musi oznaczać zgody na ich osiedlenie. Masowa relokacja słabo integrującej się ludności muzułmańskiej to nie tylko problem moralny, jak twierdzi kanclerz Niemiec, ale przede wszystkim kwestia bezpieczeństwa, w tym bezpieczeństwa kulturowego. Jest szansa, że z czasem perspektywa ta będzie znajdywać więcej zwolenników, zwłaszcza w krajach mających historyczne doświadczenia z wymuszonymi przemieszczeniami ludności, jak Hiszpania, Finlandia czy kraje bałtyckie. W nadchodzącym czasie należało będzie poszukiwać kreatywnych rozwiązań, by idealistyczna realizacja europejskich wartości nie podkopała samego projektu europejskiego.